Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer. Odcinki 26-30

Pani Małgorzata od kilku lat opiekuje się chorą na Alzheimera matką.W swoim dzienniku notuje swoje doświadczenia i przemyślenia. Jak choroba zmienia życie człowieka? Jak ważna w nim jest miłość? Oto kolejne odcinki niezwykłej historii.

Przeczytaj, jak zaczęła się ta historia >>

tirli-tirli, czyli ja, zosia i alzheimer

Słowa są bardzo ważne. Czasami zmieniają dzieje świata. Niezwykli ludzie potrafią ułożyć je w zdania i wypowiedzieć w odpowiednim momencie. Czasami są dobre, a czasami złe. Uczymy się, słuchając. Pamiętamy i przechowujemy słowa najbliższych, których już nie ma.

Moja mama jest. Ale od dłuższego czasu mówi bardzo mało. Używa słów rzadko. Kiedyś przekonywała, doradzała, pokrzykiwała, diagnozowała, osądzała, podziwiała, plotkowała, nakazywała, zakazywała. Teraz tylko słucha. Czasami.

Próbuję sobie przypomnieć jej tembr głosu. Wiem, że kiedyś gdzieś tam, gdy mnie zawoła, rozpoznam go na pewno. Zosia pielęgnuje słowa w środku. Potem niespodziewanie ich używa. Pozwala mi się zdziwić i wzruszyć.

– Zosiu, teraz napijemy się wody. – To ta? – mama wskazuje na kubek. – Tak, to woda. Trajkoczę o dobroczynnych właściwościach wody. – Dziękuję bardzo – Zosia elegancko schyla głowę i podnosi kubek do ust. Powstrzymuję się siłą, żeby nie dolać wody i usłyszeć jeszcze - i jeszcze raz - „dziękuję bardzo” wypowiedziane silnym i zdecydowanym głosem.

Wieczorem przy smarowaniu twarzy kremem. To nielubiana czynność. Mamo, będziesz miała gładszą buzię – przekonuję. – Już mam – ripostuje Zosia. I to jest clou dzisiejszego dnia. Wzmacniam przeponę śmiechem. Odprowadzam Zosię do łóżka. Na dobranoc mało mówię. Mocno ją przytulam, oszczędzam słowa na jutro. Po kapitańsku. Tak jak Zosia.

tirli-tirli, czyli ja, zosia i alzheimer

Mrówka nie wie, że ja istnieję. To było jedno z najważniejszych odkryć mojego dzieciństwa. Z mrówczej perspektywy nie istnieję. Będzie tak zawsze. Ta fascynująca nieuchronność sprawiła, że przez całe życie buduję swoje mikroświaty. Trochę jak mrówka. Od wewnątrz na zewnątrz. W mikroświatach buduję swoje życie. W jednym z nich mieszka moja mama.

Mogę w pełni i bez reszty oddawać się pielęgnowaniu, rozmowom, wszystkim zatrzymującym ją zajęciom, bez lęku, że odbieram komuś czas. Najtrudniej przechodzić między tymi światami. Wtedy myślę o rzeczach najtrudniejszych, planuję.

Zosia w czasie naszej podróży nauczyła mnie pokory i umiejętności innego odczuwania czasu. Wydłużamy go albo skracamy. Proste codzienne czynności są miernikami upływu godzin. Nie spieszymy się, bo tego nie potrzebujemy. W wolno płynącym czasie łatwiej dostrzegam najmniejsze radości i sukcesy.

Dzisiejszy był taki, że Zosia samodzielnie odszukała wśród rozsypanych literek tę właściwą. Rozpoczynającą jej imię. Ciągu dalszego nie było, ale zrobiło się lepiej. Nikt o tym nie wie. I tak naprawdę trudno opowiedzieć, że świat jest lepszy, bo mama odnalazła literkę „Z”. Nie nową planetę, czy lekarstwo na raka, ale wyciętą z tektury literę „Z”.

W naszym wspólnym życiu mama ma swój „obok-świat”. Nawet nie potrafię go sobie wyobrazić, bywa tam coraz częściej. Tam jest jej lepiej niż tu. A tu – czytamy właśnie „Pana Tadeusza”. Opowiadam o bohaterce poematu. – Widzisz, tu też jest Zosia. Ma takie samo imię jak ty! – Trudno. – mówi Zosia. Śmieję się i czytam dalej. Zosia kiwa głową do rytmu wiersza. Jeszcze kilka godzin do zmierzchu. To ocean czasu.

Płyniemy przed siebie i mimo tego, że wiem, o nieodwracalności tej drogi, uspokaja mnie dobra prognoza pogody. Na dziś i jutro.

tirli-tirli, czyli ja, zosia i alzheimer

Wiosna nie jest oczywista. Najbardziej lubię ją za jej niejednoznaczność, za zmiany i barwy. Tegoroczna wiosna ma dla mnie kolor błękitny, tak jak mój gips. Syntetyczny. Na prawej ręce, z powodu zapalenia ścięgna. To jest moje ograniczenie. Cichutkie memento. Albo raczej znak stop.

Zosia ma dziesiątki takich ograniczeń. Żyje z nimi. Budzi się rano, nie pamiętając o nich, ale one towarzyszą i określają jej życie. Na pewno wiem, że Zosia nie czuje zapachów. Aromatów wiosny. Woni świeżego chleba. Nie poznaje… nie potrafi… nie rozumie.

Zosia czuje… przeczuwa… domyśla się. Słyszy muzykę i słucha muzyki. Potrzebne są jej moje słowa, najbardziej potoczne i codzienne: „a teraz”, „już jesteśmy po”, „jeszcze raz”. Zosia oddala ból. Jest gdzieś tam daleko. Nie potrafi opowiedzieć, co ją boli, nie rozumie, że powinna. Byłoby mi łatwiej.

Moja mama widzi fragmenty rzeczywistości. Wybiórczo traktuje obraz świata. Uśmiecha się nieoczekiwanie do różnych jego części. To taka moja wyliczanka: ona czuje, ona dotyka, ona patrzy, ona słucha… Rozmyślania o jej zmysłach.

- Zosiu, idziemy na balkon.
Na balkonie - kiedyś dla dzieci, a dzisiaj dla Zosi - mam w dużych wiklinowych koszach pobudzającą roślinną kompozycję. Kwitną tulipany. Zosia trochę patrzy, ale raczej nie. Opowiadam, pokazuję mamie czerwony tulipan.
- A to jaki kolor?
- Taki - mówi Zosia.

A na to wszystko świeci słońce, niebo jest niebieskie. Czujemy się dobrze ze sobą. Odpoczywamy. Patrząc w słońce, mrużymy oczy i nie widzimy kapitana na horyzoncie. Wiosną wszystko jest łatwiejsze.

tirli-tirli, czyli ja, zosia i alzheimer

Lubię fotografować ludzi, ludzkie twarze, sylwetki. Zbieram zdjęcia portretowe sprzed stu lat. Domyślam się historii osób uwiecznionych na tych zdjęciach.

Fotografia mojego brata w srebrnej ramce stoi na kredensie. W kwietniu, w rocznicę śmierci wspominamy go z Zosią intensywniej. Oglądamy zdjęcia. Opowiadam mamie ciągle od nowa wszystkie zabawne historie z dzieciństwa.

Przypominam jej o mazurskich wakacjach, o naszych domowych zwierzętach. Mówię o tym, że Andrzej miał radosny uśmiech, świetnie znał się na muzyce i uwielbiał łowić ryby. Zasługą mojej pamięci jest to, że wybieram z niej tylko jasne, radosne wspomnienia. To są dobre godziny. A potem Zosia klepie mnie po ręce i wracamy do naszego teraz.



Realizujemy wielkanocne plany. Cieszymy się słońcem i zielenią. Zosię interesują kolorowe pisanki, w pudełku ma nietłukące, plastikowe. Przekłada i układa, głaszcze i dziwi się kolorom. Mówi bardzo mało, a raczej mówi mało do mnie. Mama od jakiegoś czasu zawzięcie monologuje. Szczególnie rano i wieczorem. To długie perswazyjne dyskusje z nie wiadomo z kim. Wszystkie w jakimś dziwnym metajęzyku. Wzmocnione mimiką i gestami. Czasami się przysłuchuję, próbuję dociec do kogo i do czego przekonuje. Nigdy tego nie odkryję. To Zosina tajemnica. Jej i kapitana.

Wielkanoc to intensywne święta. Krótkie i skondensowane. Przepełnione treścią. Smutne i radosne. Pełne nadziei. Lubię w Wielkanoc towarzyszyć mamie w tym jej alzheimerowskim zmyśleniu. Od dłuższego czasu to spokojne trwanie, pozwala nabrać dystansu do choroby. Mama ma przed sobą i obok siebie swoje drugie spokojne dzieciństwo. Czuje się bezpieczna i kochana. Najważniejsza. To daje mi poczucie celu i sensu.

Zosia uśmiecha się często. Podnosi oczy i patrzy na mnie z uśmiechem. To ważniejsze niż słowa. Dziś Wielka Sobota. Zosia monologuje i nagle mówi: „Cisza! Mam!”, i trzyma pisankę w niebieskie kropki. Mama znalazła słoneczną stronę świąt.

tirli-tirli, czyli ja, zosia i alzheimer

W ciszy słychać pracowite tykanie zegara. Zosia nie monologuje. Ja też milczę. Jestem zmęczona. Myślę o znajomych i przyjaciółkach mamy. O herbatkach, ciastkach i długich rozmowach, o telefonicznych pogawędkach, na które Zosia przeznaczała dużo czasu. Skrzynka na listy przed świętami i imieninami mamy była zawsze pełna serdecznych pozdrowień.

Teraz jest cicho. Te dobre życzenia sprzed lat nie wypełniają dzisiejszej pustki. Mama zniknęła. Dla prawie wszystkich jej znajomych Zosia i kapitan odpłynęli w bezpowrotny rejs, dokąd nie docierają karteczki z życzeniami i banalny dźwięk telefonu. Zosię spowiła tajemnica choroby i niezrozumienia. Siedzimy blisko siebie, oddychamy głęboko. Dźwięk telefonu o tej przedpołudniowej porze zupełnie nas zaskakuje.

- Małgosia? Tu Ewa z Nowego Jorku. Jak Zosia, co u niej?

Pani Ewa była sąsiadką i przyjaciółką mamy. W poprzednim życiu. Od dwudziestu lat mieszka w Nowym Jorku. Dzwoni do mnie po to, żeby zapytać o Zosię. Ewa mówi z miękkim wileńskim akcentem. Jest bezpośrednia i serdeczna jak wszyscy z tamtych stron. Przyjaciółka z poprzedniego życia mamy, pyta o nią, jak o osobę, która jest i czuje.

- Małgosiu, przyjedźcie do mnie, pochodzicie sobie po Central Parku, pooglądacie Nowy Jork, a może i Zosię ze sobą zabierzesz?

W pani Ewie zabrzmiał amerykański entuzjazm. Zosia siedzi obok i jak czujny sejsmograf odgaduje wszystkie uczuciowe wibracje płynące z tej telefonicznej rozmowy. Podnosi oczy i uśmiecha się.

Istniejemy i trwamy w tej rzeczywistości tylko dzięki pamięci i uczuciom innych ludzi. Choroba sprawiedliwie zostawia przy nas jedynie tych, z którymi udało się dobrze przeżyć ofiarowany nam czas.

Dla kogoś, kto trwa przy swoim bliskim, chorym i bezradnym, w monotonii powtarzających się opiekuńczych czynności bardzo ważny jest właśnie taki amerykański telefon. Jakiś głos mówiący o tym, że przeszłość jest ważna. Dobre słowa odnajdują nas czasami chorych i bezradnych, żeby natchnąć ku dalszemu życiu.

Nasze myśli mają wielką moc. Moje i Zosi przebyły ocean i dotarły do Nowego Jorku. W ciągu paru minut. Bez wymyślnych urządzeń. Marconi by się zadziwił. Patrzę na Zosię z szacunkiem.

- Zosiu, a o czym teraz myślisz?
- O wszystkim – mówi Zosia.

Dobre jutro mamy jak w banku.

Czytaj także: 

Kofeina chroni seniorki przed demencją

Czy zły cholesterol może być przyczyną wczesnego Alzheimera?

Szczepionka na Alzheimera? Badania są obiecujące

Proste internetowe gry, które ćwiczą mózg

Oceń artykuł

(liczba ocen 3)

Dziękujemy za przeczytanie naszego artykułu do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami na temat zdrowia i zdrowego stylu życia, zapraszamy na nasz portal ponownie!