PORTAL DLA SENIORÓW
 

Tirli-tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer. Odcinki 1-10

Od kilku lat pani Małgorzata prowadzi dziennik, w którym opowiada o codziennym życiu. Opiekuje się matką chorą na Alzheimera. Zaniki pamięci doprowadzają do różnych sytuacji - czasem śmiesznych, czasem trochę strasznych, a czasem zastanawiających. Oto pierwsze odcinki tej niezwykłej opowieści.
 

Rok 2000. Początek wieku. Dla mojej rodziny prognoza pogody na najbliższy czas była taka: trzęsienie ziemi, wulkany, sztormy, zaćmienie słońca i czasami krótki pobyt w spokojnej zatoce. Tego roku umarł mój brat, urodził się syn, a mama zachorowała na chorobę Alzheimera. To wszystko odbyło się w ciągu 11 miesięcy. A potem było lepiej lub gorzej.

Wyruszyliśmy całą rodziną w podróż z moją mamą Zosią i… Alzheimerem. Bardzo często podróżowałyśmy we dwie, przez morze niepewności. Kapitanem był Alzheimer, mama pierwszym oficerem, a ja czasami zbuntowanym majtkiem. Podróżujemy w dalszym ciągu. Już dziewięć lat. I jest to dziennik naszej podróży. Która trwa.

Moja mama jest lekarzem. Była lekarzem. Jest lekarzem – powinnam ten fakt zapisać w czasie teraźniejszym. Wykonywała swój zawód z powołaniem. Najpierw była lekarzem, potem mamą i żoną. W takiej właśnie kolejności. Myślę, że powołanie do określonej roli, jaką się pełni w ciągu życia, nie mija wraz z utratą możliwości pełnienia tej funkcji. Toteż moja mama jest.

Nie miałam świadomości choroby mamy. Mieszkałam w Poznaniu a mama na Mazurach. Odwiedzałyśmy się często. W czasie jednej z wizyt zdziwiłam się, przestraszyłam, a potem serdecznie uśmiałyśmy się obie ze słoika dżemu schowanego w bieliźniarce. Powiedziała mi, że lubi zjeść coś słodkiego przed snem. Usprawiedliwiona. Zrozumiana. Przytulona.
Potem odwiedzałyśmy się wahadłowo, ja – mama, mama – ja. Trwało to aż do spaceru mamy nad jezioro.

tirli2

Ważnym przedmiotem w naszym wspólnym życiu był telefon. Dzięki niemu mogłyśmy codziennie rozmawiać. Tego dnia zadzwoniłam do mamy, bo tak rozpoczynałyśmy dzień. Nie odebrała. Myślałam – jest w łazience, nie słyszy. Po godzinie spróbowałam znowu. Cisza. Dzwoniłam co dwadzieścia minut, z gdzieś blisko umiejscowionym przeczuciem, że coś się dzieje, coś się zaczyna. Nienazwanego strachu zawsze boję się najbardziej. O poszukiwanie mojej mamy poprosiłam bratową. Ewa znalazła ją siedzącą na ławce, w parku nad miejskim jeziorem. Rozwiązywała krzyżówki, czytała – przez 5 godzin!...

Myśleliśmy, że po prostu zaczytała się, uspokoiły nas samodzielnie zrobione kanapki i sok w torebce. Uciekł jej czas. Była na nas zła.

- Przecież wszystko jest w porządku, po co takie zamieszanie ? Właśnie chciałam iść do domu.

Po dwóch tygodniach mama przyjechała do Poznania na umówioną wizytę u neurologa. Zgodziła się bardzo niechętnie. To miała być rutynowa, uspokajająca rozmowa z wybitnym specjalistą w dziedzinie neurologii. Po półgodzinnym, przyjaznym badaniu padły słowa: "zauważam u pani mamy pewne elementy choroby Alzheimera". Nienazwany strach otrzymał imię.

tirli3

Mama zamieszkała w Poznaniu. Blisko nas. Najważniejszym jej obowiązkiem było codzienne uzupełnianie zeszytu. Bardzo grubego. Zeszyt zawierał najważniejsze dla mamy informacje. Na górze strony wypisywała rok, dzień i miesiąc, w trzech podzielonych na pory dnia rubrykach wpisywała nazwy lekarstw, które o tej porze przyjmowała. Całe swoje zawodowe życie wypisywała recepty i ta czynność dawała jej szansę. Zatrzymania.

Uwielbiała swoje zeszyty. Stoją na półce. Jest ich kilkanaście. A każdy z nich to zapis postępu choroby, nierówne litery, pomylone daty, niedokończone nazwy lekarstw. Pisała z radością. I jakoś tak pogodnie upływały nam te dni. Wydawało mi się, że ta nasza rzeczywistość jest już oswojona. Plany i mapy nakreślone. Któregoś popołudnia zadzwoniła do mnie nowa sąsiadka mamy.

tirli4

Byłam w sklepie. Telefon od sąsiadki był z krótką informacją. Mama stoi na balkonie i prosi przechodniów o pomoc, jest głodna i sama od kilku dni. Pobiegłam. Bardzo szybko. Pędziłam. Balkon. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze. Drzwi mieszkania starannie zamykałam przed wyjściem. Nie było mnie 20 minut. Wchodzę do mieszkania. Mama zdenerwowana, siedzi w kuchni przy stole. Pyta bardzo poważnie: „Gdzie pani była?”. Pani. Awansowałam. Kapitan Alzheimer wydał nowe rozkazy. Płyniemy po wzburzonym morzu.

Mama jest Zosią. Pyta o swojego tatusia. Staram się wszystko zrozumieć. Tłumaczę Zosi – „tatuś niedługo przyjdzie, wszystko dobrze zrobiłaś, Zosiu…” Mama pyta o to samo. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Ogarnia mnie irytacja. Wchodzę do pokoju, zamykam otwarty balkon. Jeszcze dziś, mój mąż zamontuje zamek podklamkowy. Uspakajam się. Wiem, że muszę odwrócić jej uwagę, zmienić temat. Włączam muzykę, jej ulubioną piosenkę Doris Day Que Sera, Sera... Tańczymy z mamą. Jutro z wizytą domową przyjdzie do nas pan doktor.

tirli5

Pana doktora lubimy obie. Mama mu ufa. Obie mu ufamy. Trochę się spóźnił. Opowiadam o nerwowości mamy. Mama potwierdza. Pan doktor słucha. Potem zadaje pytania, odpowiedzi wysłuchuje zawsze z wielką cierpliwością.

- Czy-czy-czym pa-pa-pani się tak ba-bardzo ma-martwi? – pan doktor trochę się jąka. Ale dzięki temu mama ma czas na odpowiedzi, na znalezienie słów.

- Musiałabym już wyjść do dzieci! Ja mam dzieci! Dużo dzieci, one czekają! – to pediatryczne reminiscencje mamy.

- Dzie...-dzieci poczekają. A ja pa-pa-panią troszkę zbadam.

Niepokój o wyimaginowane dzieci przewija się przez cały czas. Były takie godziny, w czasie których chciała biec, szukać i opiekować się dziećmi, zawsze w liczbie mnogiej. Po zmianie lekarstw następne dni są wyciszone. Wracamy na kurs. A potem była zabawna niedziela.

tirli6

Niedziele w naszym domu zazwyczaj są leniwe. Odpoczywamy. Wolno spacerujemy, rozmawiamy. Jemy dobre rzeczy. Mama świetnie wpasowała się w to nasze niedzielne „dolce far niente”. Odpoczywała, spacerowała, rozmawiała i jadła. W niedzielny harmonogram wpisałam rozwiązywanie krzyżówek.

Mama już od dłuższego czasu jest Zosią. Bawi się z młodszym synem piłką, ze starszym ogląda zdjęcia. Krzyżówki to moja specjalność. Hasła do odgadnięcia wymyślamy wspólnie z mężem. Dzisiaj takie: - „Mamusiu, co ślimak ma na głowie?” Zosia odpowiada – „Kopytka”. Zaśmiewamy się obie. A teraz nowe hasło: „Co to jest? Masz je na nosie wtedy kiedy czytasz książkę?”. Zosia – „Muchy.” „ – To genialne mamusiu, jak na to wpadłaś?”. Zosia jest zadowolona. I dodaje: „Takie tam tirli-tirli”.

Tirli – tirli. Zakładamy słownik. Tirli-tirli oznacza „to i owo” lub „tu i tam”. Pada zawsze wtedy, kiedy jest pogodzona z brakiem słów. Pogodzona z kapitanem Alzheimerem. Mocno się przytulamy, wszyscy. Pies szczeka. Mama woła do psa: „Mały, krótki, cisza!”. Zosia jest w dobrej formie, rozkazuje. Planujemy na jutro długi spacer.

tirli7

Spacerujemy codziennie. Las jest bardzo blisko. Czasami, gdy idziemy bardzo cicho, spotykamy sarny. Zosia się cieszy. Dzisiaj trochę nadmiernie. Na szerokich spacerowych ścieżkach mijamy sporo mam z małymi dziećmi. Zosia do każdej podchodzi, zagaduje. Podchodzi zbyt szybko. Mówi nieskładnie. Mamy są zaniepokojone. Trochę się wstydzę i bardzo chce mi się płakać. Znalazłyśmy boczną ścieżkę. Obok jest ławka. Siadamy.

Na niebie klucz gęsi. Scena jak w rosyjskim filmie. Opowiadam jej o wędrówkach gęsi. Wolno sobie pogadujemy. Zosia: „to tam córeczko…”. Poznała mnie. Popatrzyła bez mgły w oczach. Rozrzuca wokół siebie wyjęte z kieszeni tekturowe karteczki z jej adresem, nazwiskiem i naszymi numerami telefonu. Zbieram to wszystko. Pomaga zbierać. „Zosienko, nie róbmy śnieżynek, to dopiero wrzesień”. Trzeba wszyć adresowe informacje do podszewek ubrań.

W lesie jest cicho. Zosia się uspakaja. Lubi, kiedy do niej mówię „Zosiu”, chyba nie chce być już „mamą”. Trochę płaczę. To pewnie przez tę jesień. Śpiewamy „kukułeczkę”, a potem ja solo ciąg dalszy repertuaru Mazowsza. Muzyka jest dla Zosi bardzo ważna.

Jesteśmy już w domu. Siada na fotelu, zmęczona. Włączam walce Chopina. Zosia zamyka oczy i uśmiecha się. Kołyszemy się na falach.

tirli8

Dzisiaj jest dzień przymierzania. Zosia jest Kopciuszkiem, w tym fragmencie bajki o przymierzaniu butów. Wyjęła wszystkie buty z szafki. Ogląda. Próbuje włożyć kolejną parę na niezdjęte wcześniej z nóg kapcie. Trochę rozzłoszczona pomrukuje pod nosem - „takie teraz robią, takie…”. Znajduje buty mojego męża. Rozmiar 44. Udało się. Wkłada je i przechadza się po mieszkaniu. Suwa butami jakby miała narty, dobrze, że usunęliśmy wszystkie dywany, podłoga jest gładka. Robi się śmiesznie. Zosia wraca do przedpokoju, zdejmuje z nóg obie pary butów i wypróbowuje kombinacje różnych par. Sandały i kozaczki. Klapki i trzewiki. Kozaczki i klapki. Boso wchodzi do pokoju.

Za oknem deszcz. O spacerze nie ma mowy. Kładę na podłodze materac do ćwiczeń. Obie potrzebujemy ruchu. Liczymy skłony. Mama bardzo chce być chwalona. „Świetnie robisz ten rowerek!” - mówię między jednym wymachem nóg i drugim. Zosia promienieje. Sprzątamy buty. Zosia perfekcyjnie liczy do dziesięciu. Butów też jest dziesięć i „więcej, więcej”. W kuchni liczymy ziemniaki, jabłka i łyżki. Dzisiaj się udaje, mocno przytulamy się na szczęście, płyniemy po ciepłych morzach. Jutro przyjadą do nas goście.

tirli9

Goście bywają w naszym domu rzadko. Zosia denerwuje się obecnością obcych osób. Ale ten gość jest inny. Dzisiaj przyjedzie siostra mojej mamy – Maryla. Mama Zosi i Maryli umarła, kiedy Zosia miała 16 lat a Maryla 9. Zosia matkowała Maryli, często mówiła do niej córeczko. Mieszkały razem kilka lat. Bardzo się lubią i kochają. Zosia jest bardzo przejęta wizytą. Jak kukułka wypada ze swojego pokoju i pyta co chwilę: „Czy mamy chleb? Czy mamy chleb? Czy mamy chleb?”

Proszę, żeby ładnie się ubrała. Kładę na krześle wyprasowaną bluzkę i spódniczkę, pomagam zapiąć guziki. Ale Zosia ma jeszcze pomysł na makijaż. Robi go sama. W tajemnicy. Przychodzi do kuchni, żebym oceniła efekt. Bardzo, bardzo czarne brwi i bardzo, bardzo czerwone usta. O’le! Dostaję ataku śmiechu. Zosia trochę się obraża. „Zosieńko wyglądasz za młodo! Maryla absolutnie cię nie pozna!”„Tak?”„Na pewno.” Zosia nie dowierza, przegląda się w lustrze. Pozwala mi wytrzeć buzię kremem. Jesteśmy gotowe.

Przyjechała ciocia Maryla. Witają się. Zosia trochę niepewna. Wiem, że nie poznaje. To dla niej nowy gość. Wita ją z wielką serdecznością i zapałem, ale w oczach ma pytanie. Odpowiadam: „Mamo, to twoja siostra Maryla!” Zosia pomaga wnieść walizkę. Głaszcze Marylę po głowie. Już wie, że to ktoś bliski i kochany. Poznaje miłość i serdeczność. Siadamy we trzy przy stole. Maryla opowiada, Zosia przytakuje. Kapitan Alzheimer na chwilę odwrócił oczy. Mamy dużo planów na kolejne dni.

tirli10

Zosia kocha swoją torebkę. Zabiera ją wszędzie. Ma w niej grzebień, notes, wizytówki, jakieś papierki, chusteczki, czasami puszkę sardynek i zawsze czarną portmonetkę. W portmonetce są pieniądze. Mama boi się, że za mało. Idziemy razem do banku.

Wchodzimy jak Bonnie i Clyde. Energicznie podchodzimy do okienka kasowego. Zosia traci trochę na pewności siebie. Szepcze kasjerowi: „Pieniążki poproszę…”. Mówi jak prawdziwy dżentelmen-włamywacz. Jest dobrze. Trochę pomagam. Wypłacamy 50 złotych w papierowych dziesiątkach. Zosia wkłada pieniądze do torebki, idziemy do domu. Jest zadowolona. W domu chowa pieniądze w różne miejsca. Wkłada je do butów, do szafy, pod materac łóżka, do futerału na okulary. A potem szuka. Radośnie je znajduje. Uspakaja: „Znalazłam, są”.

W najbliższym sklepie papierniczym kupuję dwa komplety banknotów do zabawy. Zosia jest bogata. Jesteśmy bogate. I stać nas na biały statek i własnego kapitana. Mama wkłada pieniądze do portmonetki, portmonetkę do torebki. Torebkę przewiesza przez prawe ramię. Jest już późno, Zosia w koszuli nocnej i z torebką idzie do łóżka. Układa ją obok poduszki. Potem pod poduszką, potem obok…Przytulona i opatulona kołdrą zasypia z torebką w dłoni jak Mama Muminka. Jutro wybieramy się do muzeum, na wystawę obrazów Zofii Stryjeńskiej.

Ciąg dalszy opowieści >>

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)