Wielkanoc: w poszukiwaniu Zająca

Tego dnia nie trzeba było nas specjalnie budzić. Dziwnym trafem sami niemal jednocześnie wyczuwaliśmy, że to już ranek, i że najwyższa pora wybiec do ogrodu…

Wybiegaliśmy tam z rodzinnego domu po schodach i schodkach – bo i z piętra, i z parteru – najpierw we dwójkę, a potem w trójkę, czwórkę i piątkę, ponieważ wujostwo z przyziemia nie próżnowało, fundując mi, jedynakowi z poddasza, czworo kuzynostwa.

Rok w rok, w coraz liczniejszym gronie, coraz starsi i coraz mniej naiwni, ale wciąż zachłanni na to, co znajdziemy, szukaliśmy w pierwszym dniu Wielkiejnocy śladów odwiedzin Zająca, jak o nim mówili rodzice, który nie wiedzieć dlaczego przynosił z tej okazji nam, dzieciom, słodkie prezenty, składane w bibułkowych gniazdkach ukrytych pośród kęp ogrodowej trawy.

Dwie kwestie z całego tego bałaganu – bo przecież przeorywaliśmy trawnik za każdym razem niczym szalone krety, zostawiając istne pobojowisko – do dziś pozostają dla mnie tajemnicą. Pierwsza – dlaczego niewidzialny wielkanocny Zając wił gniazdka: oszalał czy co? Zając? Gniazdka?

I rzecz druga – jak to się działo, że każde z naszego ciotecznego rodzeństwa odnajdowało akurat swoje prezenty? A tak było! Każde trafiało do swoich słodyczy! Że te słodycze były wszędzie takie same i gniazdka identyczne, zatem rachunek per saldo musiał się zgadzać, bo gdy ktoś coś z dzikim wrzaskiem radości wreszcie znalazł, uznawał, że to jego i zajmował się rozkoszną degustacją?

Może, nie przeczę, może… Pewnie tak było. Dziś wydaje mi się, że nawet kolory bibułkowego sianka były wszędzie takie same, żeby nas nie dzielić: zielonożółte…

***

Kolejna Wielkanoc i kolejne pytanie: gdzie ukryć zajęcze gniazdko dla Kajtka, mojego wnuka. Rodzinnego domu z trawnikiem dawno nie ma, w grę wchodzi blok…. Zaraz, zaraz – Kajtkowa matka, czyli moja córka, też przecież wyrastała w bloku… Gdzie chowaliśmy słodycze dla niej, gdzie to było? Pod regałem? W lodówce? Za kaloryferem?

Taaak…. Zawsze można któryś z tych wariantów powielić… Trzeba wszakże bardzo uważać, aby przypadkiem nie uwić wielkanocnego gniazdka w butach czy innej wełnianej skarpecie, bo wtedy – przynajmniej w oczach wnuków – leżymy na amen…

Czytaj również:

 

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)