Kazimierz Kaczor - aktor i żeglarz

Popularność przyniosła mu rola kaprala Kurasia w serialu "Polskie drogi". Potem wzruszał nas jako niezapomniany Janek Serce i bawił jako operator dźwigu w serialu "Alternatywy 4".

Spis treści

W lutym skończy 75 lat, ale zupełnie na to nie wygląda. Dzieciństwo i młodość spędził w Krakowie. Początkowo nic nie zapowiadało, że będzie aktorem. Kiedy był dzieckiem jego mama zapisała go do szkoły muzycznej. Wszystko dlatego, że kolega z podwórka zaczął uczyć się w klasie skrzypiec. Pomyślała, że jej syn nie może być gorszy. Dzień zaczynał o 6.30 rano od gry na skrzypcach. Budził sąsiadów utworem „Kiedy ranne wstają zorze”. Może dlatego nie gniewali się na niego. Sami zresztą też musieli rano wstawać do pracy. W szkole muzycznej wytrwał przez całą podstawówkę.  Zdał nawet egzaminy do średniej szkoły muzycznej i rozpoczął w niej naukę, ale po roku zrezygnował.

– „Zrozumiałem, że aby być mistrzem w grze na skrzypcach, trzeba się temu całkowicie poświęcić i ćwiczyć po kilka godzin dziennie. A wtedy przyszła do nas fala jazzu i zacząłem grać na trąbce. Poza tym zafascynował go sport. Zaczął trenować wioślarstwo, a potem żeglarstwo i trudno było mu wszystkie aktywności ze sobą pogodzić. "

Po maturze zaczął studia w Wyższej Szkole Rolniczej. I wcale nie dlatego, że chciał uprawiać kapustę czy hodować krowy. Po prostu szukał  kierunku, na którym nie trzeba było zdawać egzaminu wstępnego z matematyki, chemii i fizyki. Wytrwał tam półtora roku. Wykonywał różne prace i przypadkowo trafił do teatru lalkowego Groteska w Krakowie. Spodobało mu się tam i zdał egzaminy na wydział lalkarski do szkoły aktorskiej. A studia ratowały wtedy przed wojskiem. Skończył je w 1965 roku, ale od wojska i tak nie zdołał uciec...

Kuraś komandosem

Popularność zdobył dzięki roli kaprala Kurasia w „Polskich drogach” (1976–77). Do  dziś wspomina, że początkowo jego bohater miał zginąć w jednym z pierwszych odcinków. Na szczęście zagrał go tak, że spodobał się reżyserowi i szybko zmieniono scenariusz. Zanim jednak zobaczyliśmy go w mundurze żołnierza września 1939 roku, trafił do prawdziwego wojska i to od razu do słynnych „czerwonych beretów”. Kiedy zaczął pracę w krakowskim Teatrze Starym, niespodziewanie dostał powołanie do armii. Pojechał na trzy miesiące na poligon, wrócił do teatru i szybko dostał kolejne powołanie – tym razem do szkoły oficerskiej. Po zdaniu egzaminów otrzymał stopień podporucznika i dostał kolejne powołanie do „czerwonych beretów”.  Skakał ze spadochronem, a kompania, w której służył, musiała być gotowa do akcji w ciągu 24 godzin od otrzymania rozkazu. W tym czasie musiał zgłosić się do jednostki, pobrać broń, umundurowanie i być w gotowości do opuszczenia koszar. Wspomina, że wojsko to była męska przygoda i zawarł tam wiele przyjaźni.



– W „czerwonych beretach” służyli specyficzni ludzie, nie było tam sztywnej hierarchii służbowej i nie liczyły się gwiazdki na pagonach. Stanowiliśmy zespół, który musiał wykonać zadanie – wspomina.  Do dziś ciepło myśli o swoich kolegach z kompanii. Mówi, że gdyby wojsko nie przeszkadzało mu tak bardzo w grze w teatrze, pewnie zostałby tam dłużej.  Znalazł wyście z tej sytuacji – poprosił o skierowanie do zespołu estradowego wojska polskiego w Krakowie co pozwało mu normalnie pracować w teatrze.


Nowe życie w Warszawie

Grał już w prestiżowym krakowskim Teatrze Starym, ale – jak mówi – chciał się sprawdzić i spotkać z największymi  tuzami warszawskiej sceny: Holoubkiem, Zapasiewiczem, Łomnickim, Kobuszewskim, Gołasem. W stolicy nie miał prawie żadnych znajomych. Po prostu wsiadł w pociąg i przyjechał do Warszawy. Był rok 1973. Prawie natychmiast udało mu się zaangażować do Teatru Współczesnego, a potem do Teatru Powszechnego. W Warszawie zaczął odnosić swoje największe sukcesy. Po „Polskich drogach” dostał tytułową rolę w serialu „Jan Serce”(1981), a potem wcielił się w rolę dźwigowego Zygmunta Kotka w „Alternatywy 4”. Stanisława Bareję poznał krótko po przyjeździe do Warszawy, kiedy zagrał niewielką rolę w komedii „Nie ma róży bez ognia” (1974). Zdjęcia do serialu „Alternatyw 4” rozpoczęto w 1981, ale szybko zostały przerwane przez stan wojenny. Zakończono je dwa lata później, ale z powodu ingerencji cenzury w telewizji serial obejrzeliśmy po raz pierwszy dopiero w roku 1986.

Dzięki Barei nauczył się obsługi dźwigu. Zaimponował tym nawet pracownikom Huty Stalowa Wola. Pojechał tam na spotkanie z widzami i w przerwie śniadaniowej na dziedzińcu fabryki spotkał się z załogą. Dyrektor fabryki i główny inżynier zapytali aktora, czy naprawdę obsługiwał dźwig. – Powiedziałem „tak”, a wtedy tłum się rozstąpił i moim oczom ukazał się wielki dźwig. Musiałem udowodnić, że nie kłamię. Siadłem za kierownica, zrobiłem ósemkę, a potem wszedłem do kabiny i przeniosłem ciężarki, które stały na placu – wspomina. Rozległy się brawa, a główny inżynier wręczył mu dyplom operatora dźwigu. Ma go do dziś.

yaht
 

 

Reklama

Żeglarz z pasją

Jeszcze w Krakowie zafascynował go żeglarstwo. W Warszawie poznał słynnego podróżnika Tony Halika. Obaj należeli do Yacht Klubu Polskiego. Tak się złożyło, że w tym samym czasie kupili kadłuby jachtów MAK 707 i razem je wykańczali.  Dzięki temu bardzo się zaprzyjaźnili i razem popłynęli w pierwsze wspólne rejsy po Mazurachm, a potem wybrali się na Karaiby. W połowie lat 80!

Zorganizowanie takiej wyprawy w tamtych czasach było niesamowitym wyzwaniem. Razem z żoną sprzedali samochód, telewizor i wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Zebrali 300 dolarów i ruszyli w rejs! – Jak człowiek jest młody i ma marzenia to nie ma przeszkód, żeby je zrealizować.  Przez ponad cztery miesiące pływaliśmy dookoła Kuby. Potem Tony razem z Elżbietą Dzikowską wrócili do  Polski, a my żoną zdecydowaliśmy się popłynąć na Wyspy Bahama, a potem do Stanów. Chcieliśmy zobaczyć, jak tam jest – pan Kazimierz uśmiecha się. I udało im się te plany zrealizować. Dopłynęli do Miami, zostawili jacht w porcie, wsiedli w samochód i ruszyli w podróż po Stanach.

– Przejechaliśmy je w poprzek dwa razy, a nasza podroż trwała w sumie półtora roku. Fascynacja żeglarstwem trwa do dziś. Kazimierz Kaczor pływa już 50 lat! Na żaglowcu „Pogoria” pełnił nawet funkcję oficera. Na mniejszych łódkach jest kapitanem. Często żegluje po Morzu Śródziemnym. Poza tym ciągle gra w teatrze.  W ubiegłym roku po wielu latach pracy musiał rozstać się z Teatrem Powszechnym. Ale życie nie znosi próżni i zaczął współpracę z Teatrem 6. Piętro. Na brak pracy nie narzeka,  raczej na jej nadmiar.

Autor:  Mirosław Mikulski, dla miesięcznika „Magazyn 60+”

Czytaj także: 

Magda Umer: duet z czasem  

Majka Jeżowska: Młodość ma się w głowie [WYWIAD]

Małgorzata Potocka - co daje jej joga i medytacja? [WYWIAD]

Recepta na młodość Grażyny Wolszczak [WYWIAD]

 


 

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)