Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer. Odcinki 11-15

Kilka lat temu pani Zosia zaczęła chorować na Alzheimera. Od tej pory jej córka stale się nią opiekuje. Codzienność dostarcza jej materiału na niezwykłą historię o życiu i rodzinnej miłości. Przedstawiamy kolejne odcinki tego opowiadania.




Jak zaczęła się ta historia? Zobacz pierwsze odcinki Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer

Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer

Jedziemy do muzeum, jak prawdziwe damy, oglądać wystawę. Bywamy tam dość często. Wierzę w to, że utrzymanie mamy na względnie dobrym kursie zależne jest także od bywania razem z nią w miejscach, gdzie słychać dobrą muzykę, gdzie widać piękne barwy, wszędzie tam, gdzie obecne są ślady ludzkiego talentu. Wybieram temat wystawy i godzinę, w której mało ludzi ogląda obrazy. Podziwiam Zofię Stryjeńską za jej odwagę i twórczość.

Wchodzimy. Dużo kolorów, dobre oświetlenie. Oglądamy. Zosia patrzy w przestrzeń, na podłogę, dotyka stojący dyskretnie przy ścianie, kosz na śmieci. Wychodzi na środek wielkiej sali. Stoi bezradnie. Szybko podchodzę i przytulam mocno moją Zosię. Po raz pierwszy czuję się matką mojej mamy. Muzealne metamorfozy. Wcale tego nie chcę, wolałabym być nadal starym dzieckiem. Wychodzimy, mówię do Zosi: „Jedziemy do domu”. Zosia potakuje, wiem, że bezwzględnie mi wierzy. Dokądkolwiek ją zabiorę, na pewno zrobię dobrze.

W domu pogodniej. Zosia się odpręża i rozpoczyna zajęcie, któremu od niedawna oddaje się bez reszty. Zbiera niewidzialne dla nas pyłki z podłogi. Schyla się i prostuje, wkłada coś do zaciśniętej dłoni. Trochę zniecierpliwiona pytam: „I co Zosiu, brudno tutaj, prawda?” - „Bardzo dużo tych-tych białych… a tak chcieliście?” Zdanie gigant. Metamorfoz ciąg dalszy. Zosia idzie wyrzucić „te te” do kuchni. Wraca, zbiera i wyrzuca. Nasze mieszkanie jest nieskazitelnie czyste.

Mgła opadła. Płyniemy coraz dalej w morze. Czeka nas porządek w albumie ze zdjęciami, ale to dopiero jutro.

Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer 12

Dzisiaj jest słoneczny dzień. Siadamy z Zosią na kanapie. Obok kładziemy albumy i pudełka ze zdjęciami. Zosia w pogodnym nastroju. Lubi oglądać zdjęcia. Szczególnie te nieliczne z czasów dzieciństwa i studenckiej młodości.

Przewracamy bardzo powoli kartki albumów. Zosia wskazuje palcem na zdjęcie i bez chwili wahania mówi: „Tu jest Zośka. I tu jest Zośka.” Małe zdjęcia z karbowanymi brzegami powiększyłam u fotografa. Są bardziej czytelne. Zosia się cieszy. „Tu Zośka i tatuś !”, a potem zdjęcie małej grupy wyprostowanych dziewczynek z Gimnazjum Królowej Wandy w Krakowie. Jeszcze klika lat temu mama opowiadałaby o swojej szkole i jej słynnych wychowankach. Dzisiaj mówi: „Zośka jest tu”. Trafia bezbłędnie i to w zupełności wystarczy. Mówię wolno: „kocham cię”. Zosia powtarza. Rozsypane zdjęcia wkłada pieczołowicie do pudełek.

Dom powoli się zaludnia. Jak co weekend załoga w komplecie. Starszy syn siada przy komputerze. Zosia podchodzi, ciągle jeszcze ciekawa i chcąca uczestniczyć w codziennym życiu. Na ekranie komputera pokazujemy jej zdjęcia kwiatów i dzieci. Duże i kolorowe. Zosia grzecznie ogląda i szybko odchodzi. Szukamy komputerowej myszki. Pod biurkiem i między notatkami. Przed chwilą tu była. Zosia bardzo zajęta owijaniem czegoś w papierowe serwetki. „Babcia polubiła myszkę!”- nasi chłopcy mają talent dyplomatyczny po babci. Wymieniają się. Zosia oddaje myszkę w zamian za pudełko po zegarku. Chowa je do kieszeni swetra.

Podaję obiad i siadamy razem. Mama dzisiaj je obiad samodzielnie. Jestem szczęśliwa. Patrzę na nich i myślę, że póki jest z nami Zosia – nasz rodzinny odgromnik nieszczęść - nic złego nie może nam się stać.

Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer 13

Powinnam zaprowadzić Zosię do kardiologa. Trochę zwlekam, ale dni tak szybko mijają. W końcu załatwiam wizytę. Niedaleko. Znalazłam już wcześniej (rozpytując i sondując) panią doktor, której mama też jest chora na chorobę Alzheimera. Znamy też dermatologa i dentystę, którzy rozumieją problem. Zmieniłyśmy lekarza rodzinnego. To wszystko po to, żeby ocalić godność. To mogę ofiarować mojej mamie bez wielkiego wysiłku. Odpadają tłumaczenia, nie ma pełnych politowania spojrzeń. Nikt na nas nie fuka i nie ponagla do wyjścia.

Dziś badamy serce. Miło jest u pani doktor. Zosia, która była przez całą drogę niespokojna, teraz cichnie. Pani doktor wolno tłumaczy. Zosia patrzy jasnym okiem. Pozwala sobie zrobić EKG. Asystuje przy wypisywaniu recepty. Po wyjściu z gabinetu oznajmia w rejestracji: „I teraz już wszystko dobrze”.

Idziemy wolniutko. Po drodze pytam Zosię, gdzie mieszka. Sprytnie odpowiada; „W domu”. – „A którędy musimy tam pójść?”. Tego nie wie i trzyma mnie mocno pod rękę. Wskazuje kolejne domy i pyta, czy to tu. Przechodzimy obok placu zabaw i Zosia poznaje swój dom. Wskazuje ręką i mówi: „Na pewno tu”. Cieszymy się obie jak po zdanej maturze. Prędko mówi: „To już chodźmy ty…ty…ty…”„Małgosiu” – dopowiadam. – „Przecież wiem!”. Zosia dzisiaj jest na mostku kapitańskim.

Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer 14

Od ośmiu lat nasza rodzina więzi telewizor. Za drzwiczkami drewnianej szafki tkwi nieporuszony przez większą część dnia. Ożywa na czas dobranocki. Zosia bardzo lubi oglądać Bolka i Lolka, Reksia…Ma dobry, filmowy gust.

Wczoraj ujawnił się też jeszcze jeden jej talent. Przyszła do kuchni z ważnymi informacjami: „Krzyczą tam, biegają, jedni tam i tam, takie małe tirli-tirli, tym uderzają! Zobacz!” Poszłam zobaczyć. Uwolniony telewizor transmituje mecz piłkarski. Zosia przebiła pana Marcina Zimocha. Nasi wygrali.

Telewizor bywa też czasami źródłem niewielkiego niepokoju. Mama zawsze sprawdza, czy w telewizyjnym okienku nie ma twarzy spikera. Jeśli się pojawia, Zosia wycofuje się do przedpokoju i tam poprawia fryzurę. Wchodzi. Ładnie wita się ze spikerem. Patrzy na mnie, sprawdza, czy widzę. Widzę. Mówię, że pięknie wygląda i ten pan też to widział. Elegancko zasiada w fotelu i troszkę kokietuje gadającą głowę. Bez rezultatu. Przestajemy interesować się telewizorem i jego prawdami. Zamykamy szafkę.

Zosia chciałaby pójść do fryzjera, potem zwykle robimy sobie ciasteczkową uroczystość. Kiedyś w kawiarni, a ostatnio już tylko w domu. Niedługo będą imieniny Zosi. Kapitan Alzheimer będzie gościem honorowym.

Tirli-Tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer 15

Dzisiaj Zosia ma imieniny. Akurat w sobotę. Mamy dużo czasu na przygotowania. Bardzo chciałabym, żeby było uroczyście. Jak co roku. Zosia jest dzisiaj w dobrym nastroju. Bardzo chce pomagać. Siada przy kuchennym stole. Daję jej pudełko z serwetkami. Zosia wyciąga serwetki i składa. Wyciąga i składa…

W pokoju, na stole przykrytym białym, wyszywanym obrusem, ustawiam kryształowe talerzyki z maminej kolekcji, wyczyszczone do połysku srebrne widelczyki, filiżanki do kawy. Paterę z tortem. W ulubionym wazonie Zosi układam bukiet kremowych róż. Przypominam sobie przyjęcia urządzane przez moją mamę. Dla trzydziestu, czterdziestu osób. Wspaniałe zapachy potraw. Głosy przyjaciół. Ogromną ilość kwiatów, jakie dostawała od pacjentów i znajomych.

Myślę sobie, że te róże, które dziś dostanie, są też od nich. Z wdzięczności i przyjaźni. Zamykam drzwi pokoju. Zosia bardzo zajęta w kuchni. Zapomniała, że to wyjątkowy dzień. Rodzina w komplecie. Nasi panowie są uroczyści. W marynarkach. Zosia się dziwi.

- „Dziś twoje imieniny mamusiu!”. „Taak?” – znowu się cieszy. Obydwie ubieramy się ładnie. Przyjdzie jeszcze sąsiadka, pani Basia. Czasami zostaje z mamą. Pani Basia mówi bardzo głośno i radośnie. Zosię to przekonuje. Otwieram drzwi pokoju. Chłopcy zapalili świece na kredensie. Pachnie różami i czekoladą. Mama się cieszy. Patrzy mi w oczy. Wiem, że widzi ten czas. Miniony i dobrze przeżyty. Śpiewamy sto lat. Zosia klaszcze. Siadamy do stołu. Pani Basia prosi o dodatkową porcję tortu. Nalewam Zosi sok do kubeczka.

Jakieś dni przed nami, gdzieś tam za horyzontem, ale dzisiaj – zgodnie z rozkazem – rzuciliśmy kotwicę.

Przeczytaj odcinki 16-20 >>

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)

Dziękujemy za przeczytanie naszego artykułu do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami na temat zdrowia i zdrowego stylu życia, zapraszamy na nasz portal ponownie!