PORTAL DLA SENIORÓW
 

Byli sobie dziad i baba...

Historia ”dziadostwa” jest długa, skomplikowana, ale i barwna. Wciąż jednak nie może doczekać się na swojego Herodota. A przecież w dawnej Polsce żadna wieś, żaden większy gród czy małe miasteczko bez dziada i baby obyć się nie mogło.
 

Cały kłopot z dziadem i babą polega na tym, że to określenia wieloznaczne, używane powszechnie do nazwania różnego typu osób, pełniących rozmaite funkcje w dawnych  społecznościach lokalnych. Dlatego w skąpej i rozproszonej literaturze fachowej, poświęconej ”dziadostwu” z reguły wskazuje się, że dziad dziadowi nierówny i zaleca się, by dziada z dziadem nie mylić (nie mówiąc już o dziadzie i babie).

Niezwykle istotną – zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach – funkcję pełnił dziad kalwaryjski, który wędrował od jednego sanktuarium do drugiego i przemierzał szlaki znaczone odpustami, jarmarkami i targami w kolejnych miejscowościach. Nocował w wiejskich chałupach lub karczmach, gdzie w zamian za ciepły kąt i strawę dzielił się z miejscowymi swoją wiedzą o świętych miejscach, o cudach, o wielkim świecie, opowiadając gdzie był, co widział, co słyszał i czego doświadczył. Choć ubogi, cieszył się pewnego rodzaju szacunkiem wśród gawiedzi – z jednej strony jako źródło ciekawych informacji, z drugiej jako ktoś w rodzaju świętego starca, który będąc w tylu świętych miejscach, sam siłą rzeczy tą świętością nasiąknął. Dla naszych przodków był tym, czym dla współczesnych jest internet (był trochę wolniejszy, ale za to równie wiarygodny).

W dawnym krajobrazie społecznym znajdziemy także wersję stacjonarną dziada, czyli dziada proszalnego, który zajmował się żebraniem o jałmużnę przed wejściem do kościoła parafialnego. Z reguły był to miejscowy parobek lub gospodarz, który z wiekiem utracił już możliwość zajmowania się gospodarstwem lub pracą fizyczną i na starość nie znalazł oparcia w swojej rodzinie. Ponieważ w odróżnieniu od dziada kalwaryjskiego nie miał możliwości zadziwiania zapierającymi dech w piersiach historiami ze świata, mógł liczyć jedynie na współczucie swoich sąsiadów. Taki sam status społeczny posiadał dziad szpitalny, będący pensjonariuszem przyparafialnego szpitala. Takie placówki funkcjonowały w XVIII i XIX w. w wielu parafiach i mimo mylącej nazwy pełniły raczej funkcję przytułku dla żebraków niż ośrodka pomocy medycznej.

W praktyce określenia ”dziad proszalny” i ”dziad szpitalny” były zapewne używane wymiennie. Część takich dziadów też, wysiadujących stale pod kościołem, podejmowała się dorywczo drobnych prac na rzecz księdza, świątyni czy parafii, stając się dziadami kościelnymi, pieszczotliwie zwanymi także dziadkami kościelnymi (lub po prostu kościelnymi). O tym, jak przedziwne bywały meandry ”dziadowskiej” kariery przekonuje historia ok. 60-letniego Jana Bielińskiego, który w wiejskiej parafii Służew (dziś w obrębie Warszawy) w latach 1809-1810 był jednym z dziadków szpitalnych. Od 1811 r. jednak w dokumentach wymieniano go już jako dziadka kościelnego. W 1821 r. ożenił swojego syna, a w 1825 r., w rok po śmierci swojej pierwszej żony sam stanął powtórnie na ślubnym kobiercu. Jak widać – bycie dziadkiem kościelnym wcale nie musiało wiązać się ze skrajną nędzą, żebractwem i brakiem rodziny. Często po prostu był to fach jak każdy inny (niezła, stabilna fucha). Dziad kościelny pomagał księdzu, pilnował kościoła, sprzątał świątynię itd. W niektórych parafiach bywał nawet za to wynagradzany stałą pensją (był ”na stanie parafii”).



Niektórzy badacze przypisują szczególną rolę dziadom – czy to kościelnym czy proszalnym – wskazując, iż nasi przodkowie, zwłaszcza ci lepiej urodzeni, chętnie brali ich na świadków czy chrzestnych; wierzyli, że to zapewni szczęście ich potomstwu (wiara ta jednak nie była powszechna, bo z drugiej strony – rodziny chłopskie chętnie widziały w tej roli szlachetnie urodzonych lub szacownych mieszczan). Być może tak było, choć warto zauważyć, że dziadowie i baby przewijają się równie często przez karty ksiąg metrykalnych poświęconych osobom zmarłym. Przyczyna tej niezwykłej ich popularności wydaje się bardziej prozaiczna. Wynika to w dużej mierze z faktu, iż dziad kościelny i różnego rodzaju jałmużnicy płci obojga byli stale, na co dzień pod ręką, przy kościele. Zgłoszenie zaś proboszczowi faktu narodzin lub śmierci dla wielu parafian nie było sprawą łatwą (przytaczana parafia Służew sięgała aż po wsie Szcześliwice czy Włochy, a więc niektórzy parafianie mieli do kościoła 10 km; sąsiednia parafia Jazdów w niektórych momentach obejmowała też... Saską Kępę po drugiej stronie Wisły). Dziadowie, żebracy, baby byli zatem kimś w rodzaju świadków lub chrzestnych do wynajęcia na miejscu i zapewne czerpali z tego zajęcia jakieś niewielkie korzyści.

”Dziadowanie” nie było zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. Również kobiety zajmowały się żebractwem – wędrownym i przykościelnym. Także starsze kobiety (najczęściej szacowne matrony i wdowy) zajmowały się drobnymi pracami na rzecz parafialnych kościołów (najczęściej sprzątaniem i dekorowaniem). Rzecz jednak charakterystyczna – w ich przypadku zawsze używano jednego określenia – ”baba”, nie czyniąc żadnych dodatkowych rozróżnień. Sumienny proboszcz jednej z parafii podkrakowskich zanotował w 1717 r., że ołtarz kwiatami przyozdobiła baba. W 1726 r. chrzestnymi dziecka na Solcu w parafii Jazdów byli po prostu ”dziad z babą”. Przykładów z różnych parafii można mnożyć.

O ile staropolski dziad mógł być włóczęgą, żebrakiem lub pomocnikiem proboszcza, o tyle pojęcie ”baba” było o wiele pojemniejsze i obejmowało także szczególny rodzaj niewiast – parający się rozmaitymi zajęciami z zakresu medycyny, zielarstwa, psychologii i magii (przyjmowanie porodów, leczenie, porady antykoncepcyjne, sporządzanie leków, afrodyzjaków i kosmetyków, rzucanie uroków i zapewnianie szczęścia i urodzaju, przeciwdziałanie nieszczęściom itp.). Ponieważ baba mogła poradzić każdemu na wszystko, z jednej strony była niekwestionowanym lokalnym autorytetem, z drugiej jednak budziła wśród sąsiadów lęk, co w razie braku skuteczności jej zabiegów mogło się dla niej źle skończyć. O takich babach próżno szukać wzmianek w księgach metrykalnych (niekiedy mogły występować jako akuszerki w księgach chrztów). Ich kunszt musiał być jednak naprawdę wysoki i powszechnie doceniany, skoro jego opis autorstwa Jana Różańskiego doczekał się w 1786 r. w Warszawie wydania w postaci bestsellerowego podręcznika pod wdzięcznym tytułem ”Sztuka babienia”.

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)

WASZA OPINIA JEST DLA NAS WAŻNA