PORTAL DLA SENIORÓW
 

Kazimierz, czyli amant w Kutnie

Nikt nie wie, ile serc niewieścich złamał Kazimierz. W dawnych archiwach próżno też szukać barwnych opisów jego męskich walorów. A przecież równie krótki, co "nieobyczajny" pobyt w Kutnie tego przybysza, wstrząsnął całą ówczesną społecznością parafialną. 



Choć w sprawach miłości, małżeństwa i życia erotycznego nasi przodkowie z reguły wykazywali się przede wszystkim daleko posuniętym pragmatyzmem, to w starych - z natury suchych w wyrazie - zapiskach metrykalnych, znajdziemy wiele przykładów na to, że nieobce im były silne emocje i wielkie uczucia. Niekiedy ulegały im wręcz zbiorowo całe grupy mieszkańców...

Prawdziwa burza zmysłów ogarnęła mieszkańców Kutna i okolic pod koniec 1815 r. Prace w polu się zakończyły, ludzie mieli trochę czasu dla siebie, spędzając go w domach lub karczmach. Wraz z jesienią, jak co roku, nadchodził moment na odnowienie relacji towarzyskich, na zabawy i flirty – i te niewinne, i te bardziej swawolne. Zapewne nie bez znaczenia był fakt, że w tamtym czasie stacjonował w mieście 3. pułk strzelców konnych. Za mundurem panny sznurem... O prawdziwości tego powiedzenia świadczą pochodzące z tego samego okresu liczne przykłady innych parafii. Gdy we wsi Szopy, usytuowanej w okolicach dzisiejszego przystanku "Metro Wilanowska" w Warszawie (kto dziś jeszcze pamięta nazwę Dworzec Południowy?), stacjonował regiment rosyjskich kirasjerów, miejscowe księgi parafialne pęczniały od aktów urodzeń dzieci, których ojcowie nosili wdzięczne imiona typu Fiodor czy Iwan (jak widać – nie nosili ciężkich kirysów 24 godziny na dobę). Późniejsze zastąpienie Rosjan polską jednostką artylerii konnej zmieniło sytuację  w okolicznych wioskach o tyle, że miejsce Fiodorów i Iwanów zajęli kanonier Walenty czy bombardier Ambroży.

Przyznać jednak należy, że żołnierze – czy to polscy, czy rosyjscy – którym udawało się uwodzić miejscowe piękności, z reguły zachowywali się wobec nich bardzo honorowo (jak na ówczesne zwyczaje). Przyznawali się do ojcostwa nieślubnych dzieci, uznawali je za swoje, żenili się ze swoimi wybrankami, dzięki czemu unikały one (oraz dzieci) społecznej degradacji. Podobnie honorowe podejście natomiast nie było zbyt często spotykane wśród cywilnych amantów, bawidamków i rozmaitych amatorów kwaśnych jabłek z sąsiedztwa. A takich osobników nie brakowało. Dali o sobie znać także jesienią 1815 r. w Kutnie i jego okolicach.

Nie mamy dziś możliwości zajrzenia do ówczesnych, kutnowskich domostw, alków czy austerii, by sprawdzić, co się w nich działo i jakie wichry namiętności targały ich mieszkańcami. Księgi parafialne milczą na ten temat. Dopiero w lipcu następnego roku drżąca, zapewne przejęta zgrozą ręka proboszcza podkutnowskiej parafii Łąkoszyn, księdza Konstantego Bilczyńskiego, zapisała swoiste świadectwo tych zdarzeń: akty urodzeń dzieci poczętych w okolicy w czasie, gdy szał uniesień opanował spokojną dotąd ludność tych terenów. Serię lipcowych rejestracji nieślubnych potomków rozpoczęła nieślubna córka żołnierza Antoniego (o nieznanym nazwisku) i 35-letniej wdowy Agnieszki Bartłomiejowej. Zgłoszenie nie obyło się zapewne bez komplikacji, o czym świadczy fakt, że w akcie urodzenia brak adnotacji o przyznaniu się Antoniego do ojcostwa, które zostało ustalone jedynie na podstawie zeznań "położnicy". Antoni nie podał też swojego nazwiska, a z informacją o narodzinach dziecka nie zgłosił się sam, lecz wysłał w tym celu do proboszcza Bogu ducha winnego młodego owczarka ze wsi Wały, Antoniego Perlińskiego. Jak widać – wojak łatwo nie zamierzał się poddać.  

W całej serii lipcowych narodzin nieślubnych dzieci na uwagę zasługuje dziewczynka urodzona w podkutnowskiej wsi Sklęczki. Jej ojcem był 30-letni Tomasz (znów nie podano nazwiska!) – "stanu miejskiego", służący w tutejszym dworze. Osobiście okazał on proboszczowi swoje dziecię, "nie przecząc, iż jest spłodzone z niego" (jednym ze świadków był zresztą kapitan "konsystujących" w Kutnie strzelców konnych, Józef Kowalewski). Matką dziecka i partnerką owego grzecznie "nieprzeczącego" Tomasza była Gertruda Galicka – osoba, której być może warto by poświęcić całą osobną epopeję. Ta 33-letnia szlachcianka w 1816 r. pracowała jako gospodyni w dworze sklęczkowskim. Była mężatką, której – jak nie bez współczucia zaznaczył proboszcz – "odbieżał mąż rodem moskal tu w Polsce poślubiony". Czego w jej historii nie ma... Miłość, małżeństwo, porzucenie, pozamałżeński romans, nieślubne dziecko. A na końcu – "oględny" Tomasz.

Jeszcze raz w lipcu 1816 r. proboszczowi podkutnowskiego Łąkoszyna przyszło nie kryć emocji w spisywanych przez siebie dokumentach. Z nieskrywanym oburzeniem podsumował lipcową serię wpisem poświadczającym narodziny "dziecięcia bękarciego", którego matką była 30-letnia wdowa Eufemia Janowa z domu Brytczanka z Łąkoszyna. Wyczuwalne oburzenie księdza skierowane jednak jest nie tyle przeciwko niej, ile – ojcu dziecka, którym okazał się niejaki Kazimierz Kołodzieyczak, 40-letni "tułacz po świecie i zwodziciel kobiet". Jak wynika z dokumentu, amant ten na krótko zawitał w te okolice i szybko się ulotnił. Skąd przybył, dokąd wyjechał, czy rzeczywiście nazywał się tak, jak podawał? Nikt nie wie. Można jedynie żałować Eufemii – że stanął na jej drodze – oraz współczuć jego dzisiejszym potomkom, poszukującym dawnych śladów rodzinnych powiązań: to praca godna Syzyfa.

 

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)

Pytanie: Czy zdecydujesz się na bankowanie krwi pępowinowej swojego dziecka?

  Tak. Uważam, ze to dobre zabezpieczenie jego zdrowia

  Nie wiem, muszę głębiej zapoznać się z tematem

  Nie. Sądzę, że nie będzie to konieczne

WASZA OPINIA JEST DLA NAS WAŻNA