Antoni między piekłem a niebem

Czytając stare dokumenty dotyczące naszych przodków, trafiamy niekiedy na ślady ich - szokujących z dzisiejszego punktu widzenia - zachowań.

Najczęściej dość szybko pozwala nam je zrozumieć znajomość kontekstu. W przypadkach takich, jak Antoniego, stajemy jednak bezradni, skazani na wieczną niepewność, czy mamy do czynienia ze skończonym łotrem, czy człowiekiem o gołębim sercu.

Gdy po raz pierwszy trafiły do moich rąk dokumenty z połowy XIX wieku, dotyczące jednego z moich przodków, świadczące o tym, że ożenił się powtórnie zaledwie miesiąc po śmierci swojej pierwszej żony, przeżyłem prawdziwy szok. Co więcej – z zażenowaniem odkryłem, że pierwsze zapowiedzi nowego związku ogłoszono niemal natychmiast po wiadomym pogrzebie! A gdzie miłość i żal po mojej zmarłej praprababce, gdzie żałoba, tak przecież ponoć w tradycyjnych społecznościach przestrzegana – myślałem sobie i w pierwszym odruchu postanowiłem, że tego prapradziada nigdy nie polubię.

Im więcej rozmaitych dokumentów z zamierzchłej przeszłości czytałem, im bardziej zgłębiałem rzeczywistość, w której żyli ludzie 200 czy 300 lat temu, tym bardziej zmieniałem zdanie o swoim przodku. Szybko okazało się, że jego działanie w niczym nie odbiegało od ówcześnie obowiązujących wzorców zachowań. Miłość, emocje, małżeństwo, macierzyństwo, dzieciństwo – przed wiekami te i mnóstwo innych pojęć rozumiano zupełnie inaczej, niż dziś. Odmienne były kryteria atrakcyjności, a nawet hierarchie wartości. Ciężkie warunki, nieustanna praca i ciągła walka o byt – to wszystko powodowało, że życiem naszych przodków rządził praktycyzm. W tamtym świecie – świecie polskiej wsi sprzed stuleci, najlepiej radziły sobie rodziny oparte na wspierających się i współpracujących ze sobą małżonkach (plus liczne potomstwo, które od najmłodszych lat zaprzęgnięte było do wszelakich prac). Małżeństwo to była po prostu dobrze zorganizowana firma, z jasną hierarchią i precyzyjnym podziałem obowiązków. Nic dziwnego, że atrakcyjny mężczyzna, czyli kandydat na męża, był to - w oczach ówczesnych pań - przede wszystkim człowiek pracowity, silny i zdrowy (cenione były zatem wszelkie fizyczne oznaki tych przymiotów). Podobne cechy cenili w swoich partnerkach panowie. Wymuskani gładysze czy smukłonogie laseczki? Wówczas nikt by się nawet za nimi nie obejrzał!

Z chwilą utraty małżonka wdowiec i wdowa w dużej mierze tracili materialne podstawy swojej egzystencji. Nie byli w stanie samotnie obrobić pola, zająć się domem, zaopiekować - często licznym -potomstwem. Bardzo szybko spadali też w wioskowej hierarchii, dołączając do innych samotnych wyrobników, parobków, służących. Nic zatem dziwnego, że osoby owdowiałe jak najszybciej starały się ponownie zawrzeć związek małżeński. Dotyczyło to nie tylko młodych wdów i wdowców – śluby starszych osób, które mogły mieć za sobą już nawet po dwa małżeństwa wcale nie należały do rzadkości. Tempo zawierania ponownych związków mogło rzeczywiście niekiedy przyprawić o ból głowy. Zdarzało się wręcz, że księża przyspieszali nieco w tym celu ogłaszanie zapowiedzi (lub zmniejszali ich liczbę). W nieco innej sytuacji od wdowców były wdowy. O ile panowie po śmierci żony mogli natychmiast żenić się ponownie, o tyle panie ponownie mogły wziąć ślub dopiero po upływie 10 miesięcy od śmierci poprzedniego męża. Tak stanowiło prawo. Chodziło o to, by drugi mąż nie został oszukany i "wrobiony" w ojcostwo dziecka z poprzedniego małżeństwa jego żony. W praktyce jednak bywało z tym różnie – gdy sprawa nie budziła żadnych wątpliwości, niekiedy odstępowano od tego wymogu.

Ponieważ w minionych wiekach zawierano małżeństwa najczęściej z powodów czysto praktycznych, nie powinno dziwić, gdy w księgach metrykalnych znajdziemy stosunkowo częste świadectwa dziwnych z naszego punktu widzenia, nawet wręcz bulwersujących ożenków, np. starszego mężczyzny z 13- czy 14-letnią dziewczynką. Choć wyobraźnia podpowiada bardzo grzeszne interpretacje, zawsze próbujmy w takich sytuacjach odnaleźć kontekst zdarzenia (nie zapominając przy tym także o ewolucji, jaką przeszło przez stulecia samo pojęcie wieku inicjacji). Poszukajmy w archiwach innych dokumentów dotyczących rodzin tych osób. Może się okazać, że powodem tak wczesnego ślubu dziewczęcia była śmierć obojga jej rodziców i troska dalszej rodziny o to, by zapewnić dziecku byt i jakąś przyszłość?

O tym, że tak się zdarzało, przekonał mnie przykład dość ekstremalny – Stanisława, który urodził się w 1796 r., a w 1810 r., w wieku zaledwie 14 lat ożenił się z 30-letnią wdową Małgorzatą. W akcie ślubu mylnie podano, że miał lat 18, a w księgach metrykalnych z tego okresu zachowała się, włożona jakby mimochodem, cała pokreślona kartka, mająca stanowić zapewne coś w rodzaju wypisu z aktu urodzenia pana młodego. Kartka ta przez każdy sąd uznana by została za niezbity dowód fałszerstwa dokonanego przez księdza. Chcąc rozwikłać tę przedziwną historię, sięgnąłem do innych dokumentów z tego okresu. Okazało się, że zaledwie miesiąc przed ślubem Stanisława zmarł jego ojciec, wdowiec Kacper. Stanisław zatem był 14-letnim sierotą, którego na ślubny kobierzec najprawdopodobniej przywiodły nie bałamuctwa Małgorzaty, ale troskliwe zabiegi jego krewnych.

Są jednak historie, wobec których stajemy bezradni. Dysponując zbyt małą wiedzą na temat zaistniałych zdarzeń i osób biorących w nich udział, dostrzegamy dwie całkowicie odmienne interpretacje i nie umiemy jednoznacznie określić, która z nich jest prawdziwa. O taką zagadkę postarał się Antoni, niemajętny strycharz (czyli cegielnik) z Kujaw, który w połowie XIX wieku, po odchowaniu licznego potomstwa i pochowaniu wiernej małżonki Rozalii, osiadł na starość w jednej z wiosek. W jego domu "służyła za dziewkę" (a więc – była żeńską pomocą domową) 20-letnia panna Marianna, sierota. Bez zbędnych ceregieli ponad 70-letni Antoni pojął ją za żonę i przed śmiercią zdążył spłodzić jeszcze jedno dziecko. Przyglądając się tym zdarzeniom dzisiejszy potomek Antoniego staje przed nie lada dylematem. Toż to historia o jurnym starcu wykorzystującym "zależność służbową", mrożący krew w żyłach obrazek z życia dziewczyny poddanej molestowaniu i przemocy domowej (co dawniej w relacjach gospodarz-dziewka oraz gospodyni-parobek było nader częste). Z drugiej strony jednak – równie prawdopodobne jest to, że pannę Mariannę "zepsuł" jakiś wioskowy amant (sytuacja częsta, wręcz uniwersalna), a stary, poczciwy Antoni miłosiernie dał jej (i dziecku) to, co miał – swoje nazwisko i gospodarstwo. Czart czy anioł? Pan Bóg raczy wiedzieć.

 

Oceń artykuł

(liczba ocen 0)