Choć Zbigniew Buczkowski znakomicie gra biznesmenów cwaniaczków, podkreśla, że od interesów zdecydowanie woli sztukę. I udowadnia to, występując w kolejnych filmowych rolach. Jak kiedyś policzył, ma ich w dorobku niemal 200.

Zbigniew Buczkowski – wywiad:

W serialu „Lombard. Życie pod zastaw” znowu grał Pan człowieka interesu…

Zbigniew Buczkowski: Tym razem mój bohater, chociaż prowadzi lombard, to poważny biznesmen, który ma żonę, dwójkę dzieci i dom. Jest uczciwym człowiekiem, który nie naciąga ludzi, tylko im pomaga. Tak naprawdę jego lombard powinien już dawno zbankrutować, bo właściciel rozdaje pieniądze na prawo i lewo. A postać, którą gram, jest ciepła i rodzinna. To syn bohatera kombinuje na boku i stara się zarobić na przekrętach.

Jaki był oddźwięk wśród widzów po tej roli?

Ludzie ciągle sobie ze mnie żartują i pytają, czy można coś u mnie zastawić. Oczywiście zapraszam do siebie. Niedawno zadzwoniła znajoma, która spytała, czy mogłaby dać w zastaw swojego męża (śmiech). Na początku nie poznałem jej po głosie, więc miała niezłą zabawę.

Ma pan talent do interesów, jak bohaterowie, których Pan gra?

Gdybym go miał, to pewnie byłbym teraz biznesmenem, a nie aktorem. Nigdy nie próbowałem robić żadnych interesów i nie miałem możliwości, żeby wykazać się na tym polu. Nie jestem typem Henia Lermaszewskigo z serialu „Dom”, który mówił: „Wchodzę w ten interes” i potrafił załatwić wszystko.

W latach 80. aktorzy próbowali różnych zajęć. Pan niczym nie handlował i nie wyjeżdżał na saksy?

Pod koniec lat 70. byłem w Szwecji i w ciągu kilku miesięcy zarobiłem prawie 3 tys. dolarów! To była kupa pieniędzy, bo w Polsce zarabiało się wtedy po 20-30 dolarów miesięcznie. Za zarobioną sumę kupiłem swój pierwszy samochód i to mnie ustawiło na parę dobrych lat. Wtedy prawie wszyscy wyjeżdżali i zrywali truskawki w Holandii albo winogrona we Francji. Ale dla mnie to był tylko epizod. Zawsze miałem co robić w Polsce, zagrałem w prawie 200 filmach!

Zbigniew Buczkowski o roli w serialu “Dom”

Czy po roli Henia Lermaszewskiego w serialu „Dom” nie brano Pana za „warszawskiego cwaniaka”?

Widzowie zawsze utożsamiają aktora z rolą. Niektórzy zwracali się nawet do mnie: panie Heniu, co mnie bardzo bawiło, ale nie wyprowadzałem ich z błędu. Gdy ktoś gra lekarza, to ludzie też często zwracają się do niego: panie doktorze i proszą o porady. Tak też było ze mną. Szczerze mówiąc, nie lubię określenia cwaniaczek. Co ciekawe jest ono przypisane do Warszawy, bo nie było ani wrocławskiego, ani lubelskiego cwaniaka, tylko warszawski!

A jeśli chodzi o rolę Henia Lermaszewskiego, to od początku była pisana z myślą o mnie. Wymyślił ją Andrzej Mularczyk, z którym się znaliśmy. Mówił, że będzie to fajna postać i się nie mylił.

Do dziś wspominam inną Pana rolę w filmie „Karate po polsku”. Kiedy o niej myślę, aż przechodzą mnie ciarki po plecach…

Nie chciałem grać tej roli, bo znowu był to jakiś podejrzany typek. Ale namówił mnie do tego reżyser Wojtek Wójcik. Wziął mnie na bok i powiedział, że nikt nie zagra tego lepiej niż ja. Powiedział, że jestem stworzony do tej roli i tym nie ujął. Do dziś ogląda się ten film z przyjemnością. Bardzo miło go wspominam.

Karierę filmową zaczął Pan w wieku 12 lat od statystowania…

Mieszkałem wtedy niedaleko wytwórni filmowej na Chełmskiej i sąsiadka zabrała mnie ze swoim synem na zdjęcia. Od razu mi się spodobało. Poza tym, co tu dużo mówić, w domu była bieda i w ten sposób pomagałem mamie, która wychowywała mnie sama. Mój ojciec, który był pilotem LOT-u, w 1951 roku zginął w katastrofie lotniczej. Miałem wtedy 9 miesięcy. Za statystowanie w filmach dostawałem kupę pieniędzy. Marzyłem, żeby kupić za nie rower. Część pieniędzy oddawałem mamie, ale za resztę po 2 latach kupiłem sobie piękną kolarzówkę – jaguara! Miałem najlepszy rower „na dzielnicy”. Potem trafiłem na pierwsze próbne zdjęcia do Janusza Kondratiuka i zagrałem w „Dziewczynach do wzięcia”. Poznałem wtedy Zdzisia Maklakiewicza, Jasia Himilsbacha i innych wspaniałych aktorów. I tak to się kręci do dziś.

Zbigniew Buczkowski prywatnie

Pański syn jest prawnikiem, a córka ekonomistką. Nie był Pan rozczarowany, że nie poszli w Pana ślady?

Ja się nawet z tego cieszę, bo jeden artysta w domu wystarczy. Miałem szczęście, że w odpowiednim momencie trafiłem na wspaniałych ludzi, którzy podali mi rękę, i dzięki nim zacząłem grać. Pewnie też Bozia dała mi trochę talentu, bo bez tego niczego bym nie zrobił (śmiech). Kiedyś miałem chwilę zwątpienia, bo telefon nie dzwonił już tak często jak kiedyś, ale córka powiedziała mi, że gdyby każdy aktor zagrał w połowie tylu filmów co ja, to byłby szczęśliwy. To mnie postawiło do pionu.

Niedawno po raz czwarty został Pan dziadkiem…

Mam już trzech wnuków, a teraz pojawiła się pierwsza wnuczka. Jestem więc już bardzo poważnym facetem (śmiech). Kiedy miałem 20 lat, to wydawało mi się, że dziadek musi być stary. A ja wciąż czuję się młodo. Może dlatego, że ciągle dużo się ruszam – pływam, jeżdżę na rowerze, zimą szusuję na nartach. Całe życie uprawiałem sport. Dzięki temu nie narzekam teraz na kondycję. W 2002 roku zdobyłem nawet złoty medal na Mistrzostwach Świata Aktorów w Pływaniu, które odbyły się w Budapeszcie. Trening czyni mistrza. Dlatego, gdy tylko przychodzi wiosna, siadam na rower i jeżdżę po 20 kilometrów dziennie. Niezależnie od wieku każdy powinien coś trenować.

Zbigniew Buczkowski rozmawiał z Mirosławem Ryglickim

Źródło: Magazyn 60+

porady zza lady