Marzy się Państwu włóczęga po cudzoziemskich kurortach, dzień w dzień kończona kolacją w polskiej rzeczywistości? Wystarczy udać się do Świnoujścia…

Wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy Uznam rozciąga się jedna z najpiękniejszych europejskich plaż. Nic dziwnego, że już w początkach XIX wieku zaczęły wyrastać przy niej (ś)liczne kąpieliska, z czasem sięgające po status uzdrowisk. Znalazło się w ich gronie także Świnoujście – wówczas – Swinemünde, po ostatniej wojnie przyłączone do Polski.

Przybywający tam coraz szerszą ławą w drugiej połowie ubiegłego stulecia rodzimi wczasowicze zrazu nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że tuż za granicą podobnych, a nawet ładniejszych “Świnoujść” jest więcej. Sąsiedzi z Niemieckiej Republiki Demokratycznej po raz pierwszy pokazali nam te miejscowości w pierwszej połowie lat 70. Już wtedy zachwycały, aczkolwiek dopiero po zjednoczeniu Niemiec, przed blisko ćwierćwieczem, po gruntownej renowacji, położone najbliżej polskiej granicy miasteczka – Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin – stały się perełkami godnymi starej nazwy, wedle której wspólnie tworzyły przed laty “3 Kaiserbäder”, czyli “Trzy cesarskie kąpieliska”.

Niemieckim autobusem z polskim kierowcą

Gdy przed 40. laty transgraniczne spacery stały się atrakcją Świnoujścia, korzystanie z owego dobrodziejstwa wcale nie wyglądało tak prosto. Najpierw trzeba było dotrzeć – zwykle zatłoczoną, miejską “ósemką” – do granicy, potem należało odstać swoje w kilometrowej kolejce do stanowisk obu służb granicznych i celnych, by wreszcie znaleźć się na przystanku niebieskiego, dziwnie pachnącego autobusu, który za 20 enerdowskich fenigów wiózł w głąb niemieckiej części wyspy… Dziś – jadąc do sąsiadów niemieckim autobusem z polskim kierowcą – trzeba bardzo natężyć uwagę, aby dostrzec ślady dawnych punktów kontrolnych.

Kiedyś podróż do Ahlbecku zabierała co najmniej godzinę, teraz wysiadamy w jego centrum dziesięć minut po wyruszeniu z przystanku ulokowanego nieopodal świnoujskiej promenady. Tu ważna uwaga: do Niemiec możemy udać się także pociągiem – kilka lat temu wybudowano specjalną linię kolejową łączącą cesarskie kurorty ze Świnoujściem.

Cena podróży na szynach (dwa euro z Polski do Ahlbecku, cztery euro do Heringsdorf i Bansin) jest porównywalna do ceny kursu autobusem (19 zł bilet na całej trasie: ze Świnoujścia do Bansin i z powrotem), warto przy tym wiedzieć, że stacje kolejowe (w odróżnieniu od przystanków autobusowych) są położone dość daleko od promenady, co każe odbyć dłuższy spacer ku plaży, inna rzecz, że całkiem interesujący, bo wszystkie miasteczka mogą się pochwalić także wyjątkowo urokliwymi centrami.

Nie tylko mola

Niemiecki nadmorski kurort obowiązkowo musi mieć molo. Te trzy najbliższe Polski też je mają, choć owe piękne “Seebrücken”, czyli “morskie mosty”, jak nazywają je nasi sąsiedzi, mocno się od siebie różnią. Ahlbeck reprezentowany jest przez zabytek z kawiarnianym pawilonem na palach.

Heringsdorf chwali się molem najbardziej nowoczesnym, pełnym knajpek i handlowych galerii.

Przewodniki po Bansin podkreślają z kolei, że jego wybieg w morze jest w gruncie rzeczy mocno zapyziały, bo pozbawiony jakichkolwiek budynków: to tylko drewniany trakt, ale właśnie na tym polega jego uroda…

Prawda – właśnie na tym. Inna rzecz, że to ostatnie miasteczko ma, paradoksalnie, bodaj najwięcej do zaoferowania. To tutaj wciąż świetnie prosperuje najstarsza – powstała jeszcze w XIX wieku – kawiarnia na wyspie, Café Asgard, której właścicielka z godną zaufania konfidencją latem proponuje do kawy placek z rabarbarem, zimą zaś, podobno, pyszne jabłeczniki…

Tylko tu, ni stąd ni zowąd, znaleźć można – w zielonych promenadowych zakamarkach – supernowoczesne, designerskie ławki. Tylko tu – nieopodal muszli koncertowej – niechcący wpada się na garderoby stylizowane na stareńkie, bardzo urodziwe wozy wędrownych aktorskich trup…

Wzdłuż plaży

Bez względu na to, gdzie po przybyciu z Polski wysiądziemy z autobusu bądź pociągu – czy to w Ahlbecku, czy w Heringsdorf, czy też wreszcie w Bansin – musimy, ale to koniecznie musimy przespacerować się po jakimś krótszym lub (najlepiej) dłuższym odcinku łączącej te miejscowości promenady. Tylko wtedy bowiem będziemy mieli okazję zobaczyć przepiękne, przedwojenne wille i hotele, z których widok sięga po morski horyzont.

Na strudzonych wędrowców czekają na tej trasie nie tylko gęsto rozsiane ławki, lecz także knajpki, oferujące zarówno mało niemiecki gulasz z kangura, jak i bardzo polskie Piroggen. Ceny? Z tymi bywa różnie… W Bansin espresso kosztowało 2,40, ale za herbatę przyszło już zapłacić już 4,50 euro, a więc niemal jeszcze raz tyle… Inna sprawa, że tuż obok kawiarni, w której zalegliśmy, można było całkiem niedrogo zjeść kiełbaskę na gorąco – sprzedawca życzył sobie za nią tylko 10… złotych! Tak – złotych!!! Gdy człowiek potrafi pohamować głód, taniej wypada mu taki Rostbratwurst (w wersji turyńskiej) kilka kilometrów dalej na południe, na promenadzie w Heringsdorf: tam, razem z bułką, kosztuje ledwie dwa euro… W tymże samym Heringsdorf jednak, w samym centrum, chęć zjedzenia polędwiczek wieprzowych w sosie grzybowym (bez dodatków) oznacza wydatek 16 euro. Na szczęście można też zjeść tam taniej (i to niekoniecznie wspomniane kiełbaski): w samoobsługowym barze obok mola, pomorska domowa zupa rybna dostępna jest za 3,90, świeżo usmażony śledź bałtycki z wybranymi dodatkami – za 6,50, filet z dorsza zaś – za 8,90 euro. Same dodatki (pieczone kartofle, sałatka kartoflana, frytki lub warzywa) kosztują 1,70. Że jeszcze zdałoby się coś słodkiego? No dobrze – tuż obok podają crepes…

Naleśnik z cukrem i cynamonem równa się 2,20 euro, z musem jabłkowym – 2,70, z serem i z szynką – 3,80…

***

A tak swoją drogą…

Nasze babcie i nasi dziadkowie nie uwierzyliby pewnie, gdybyśmy kilkadziesiąt lat temu powiedzieli im, że niedługo będziemy mogli korzystać z oferty trzech cesarskich kurortów. Nasze wnuki też pewnie nie uwierzą, gdy powiemy, że kiedyś z niej korzystać nie mogliśmy…

No dobrze, mniejsza z tym, dajmy spokój przypuszczeniom, weźmy się za plany… Kto z Państwa już się szykuje do wypadu do Świnoujścia – i dalej..? Warto, naprawdę warto…

Fot. autor