To, że ludzie najbogatsi, szlachetnie urodzeni przed wiekami, mieli liczne rezydencje – wiejskie, miejskie, myśliwskie, letnie czy zimowe – nikogo zapewne nie dziwi. Ale żeby chłop Walenty zmieniał domy jak rękawiczki?

Stare dokumenty nie kłamią. Mają w sobie natomiast tę moc, która sprawia, że chętnie uwierzymy w każde zapisane w nich słowo i ochoczo dopiszemy to, czego tam nie ma. Ze starych, zakurzonych papierzysk postać Walentego, mieszkańca małej małopolskiej wsi, po raz pierwszy wyłoniła się niepostrzeżenie. Objawił mi się jako kawaler, który w 1810 r. poślubił Katarzynę, dziewczynę z tej samej wioski. Gdy rok później urodził im się syn, skrupulatnie odnotowano w księdze parafialnej, że para ta mieszka w domu nr 7. Kolejne dzieci dość regularnie przychodziły na świat, niektóre zaś z niego odchodziły. Historia rodzinna jakich wiele, gdyby nie fakt, że niemal za każdym razem dochodziło do tego… w zupełnie innym domu. Raz był to nr 7, raz nr 8, by potem gładko przeskoczyć do nr 12, a następnie cofnąć się do nr 9 i znów gwałtownie przejść do nr 23. W ciągu 12 lat aktywności Walentego naliczyłem w sumie siedem różnych numerów.

Pierwsze wytłumaczenie, jakie przyszło mi do głowy, było takie: Walenty nie miał swojego domu i „pomieszkiwał komorą” u różnych gospodarzy. We wszystkich dokumentach określany był jednak jako zagrodnik, a nie komornik, co wskazywało na fakt, że jednak jakąś zagrodę miał. A skoro miał swoją zagrodę, to jej się zapewne trzymał – wątpliwe, by ówcześni mieszkańcy wsi wymieniali się nieustannie swoimi obejściami. Zaświtała mi więc w głowie myśl niezwykła i kusząca: rodzina Walentego miała, po prostu, kilka domów. Jeden przy pańskim dworze, jeden przy kościele, inny bliżej karczmy, letnia dacza pod lasem… Żadne tam dwory czy pałace, ale proste chatki i chałupki z drewna i słomy – na miarę możliwości i potrzeb prostego włościanina. Mogli Czartoryscy, mogli Lubomirscy, a Walenty nie?

Tak tworzy się rodzinne legendy (żadne tam legendy – szepcze diabeł – wszystko masz w dokumentach), które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego. Ta na szczęście jednak bywa ciekawsza od tworzonych mitów. Aby wyjaśnić fenomen niezwykłej mobilności Walentego i jego nadzwyczajnej aktywności na lokalnym rynku nieruchomości, wystarczy pamiętać, że dawniej nie było jednolitych przepisów dotyczących numerowania domów. Sama potrzeba ich numerowania pojawiła się zresztą stosunkowo późno, a pierwsze wysiłki w tym zakresie czyniono nie dla ustalenia np. adresów korespondencyjnych, ale głównie dla celów podatkowych i hipotecznych. Powszechnie stosowano ogólną zasadę, by numeracja domów zaczynała się od punktu centralnego, najważniejszego.

W miastach takim punktem z reguły bywał rynek (ale w Warszawie numerem 1 był Zamek Królewski), a kolejne domy nosiły następne numery (np. w 1819 r. kościół i klasztor bernardynek przy ulicy Mariensztat w Warszawie miał nr 2660). W wioskach jedynka była zarezerwowana dla pańskiego dworu, ewentualnie dla miejscowego kościoła. Numeracja kolejnych domów nie miała już większego znaczenia, gdyż i tak nikt się nią na co dzień raczej nie posługiwał – łatwiej było zidentyfikować nieruchomość przez opis typu „chałupa Walentego” czy „łąka przy stawie”. Często numery nadawano w kolejności, w jakiej domy były budowane (nowy dom otrzymywał kolejny numer; zagroda nr 8 mogła więc stać obok tej z nr 20). Dodatkowy zamęt wprowadzały też zapewne np. dość liczne pożary, w których wyniku część zabudowań znikała bezpowrotnie.

W rzeczywistości zatem Walenty najprawdopodobniej przez całe swoje dorosłe życie mieszkał wciąż w jednej, tej samej chacie, choć nieustannie zmieniał się jego adres zamieszkania – co zapewne było jedynie echem dynamicznych zmian zachodzących w jego sąsiedztwie. Coś, co dzisiaj stanowiłoby nie lada wyzwanie dla operatorów pocztowych, nie miało jednak dla niego żadnego znaczenia. Ponieważ nie umiał czytać, i tak nigdy nie czekał na jakikolwiek list.