Nazwa Rogalin znana jest chyba wszystkim lub prawie wszystkim mieszkańcom Wielkopolski – a zapewne nie tylko im, wszak wielu z nas zwiedzało to miejsce chociażby w trakcie wycieczek szkolnych. 

Rogalin to wioska położona 20 km na południe od Poznania, której główną atrakcją turystyczną jest rezydencja Raczyńskich, pięknie położona w otoczeniu łęgów i lasów. Wokół pałacu rozciąga się rozległy park z piękną panoramą na dolinę Warty. Atrakcją turystyczną są również dęby, które stały się symbolem Wielkopolski. Najsłynniejsze z nich to trzy rosnące w części angielskiej przypałacowego parku, mianowicie: Lech, Czech i Rus, a także czwarty – Edward – rosnący na skraju parku, na zboczu doliny Warty.

Raj dla fotografów

Ale prawdziwą ucztą dla fotografa są dęby rosnące na terenie Rogalińskiego Parku Krajobrazowego, w tzw. starorzeczu Warty. Jest to jedno z największych skupisk starych dębów w Europie. Całymi kilometrami można spacerować po wielkiej polanie wśród setek drzew, robią naprawdę wrażenie. Dęby po raz pierwszy policzono w 1904 r. Ostatnio naliczono ich 1435 (blisko tysiąc ma obwód pnia powyżej 2 m). Wiele z nich to pomniki przyrody liczące sobie od 500 do 700 lat. Większość z tych drzew to dęby szypułkowe.

O istnieniu tego miejsca i jego magicznym wyglądzie dowiedziałam się przypadkiem od osoby, która często chodzi tam robić zdjęcia.

Pierwsze kroki na „dębowej polanie”

Na pierwszą sesję fotograficzną na polanę dębową, bo tak ją nazwałam, wybrałam się po południu, aby porobić trochę zdjęć zachodzącego słońca i przede wszystkim poznać teren. Pomysł był świetny, bo dzięki temu, że nie wybrałam się tam nocą, uniknęłam kąpieli w jednym ze starorzeczy, udało mi się też nie rozdeptać żaby, zostać porwaną przez jakiegoś bociana czy orła ani złapaną na haczyk wędkarski siedzącego w zaroślach wędkarza. Od koleżanki, która mnie tam zaprowadziła, dowiedziałam się też, jak wygląda to miejsce o świcie i że należy się tam ubrać jak na przejście przez dżunglę: w najgorsze spodnie i dresy, kalosze, nakrycie głowy, nie można też zapomnieć o czymś, co dobrze sobie poradzi z komarami i innym latającym paskudztwem. A w autku powinny na nas czekać sucha odzież na przebranie po skończonej sesji i termos z gorącą kawą.

Powitać dzień inaczej

Jakiś miesiąc później, pewnej pięknej nocy zmobilizowałam wreszcie siebie, siostrę oraz koleżankę i wstałyśmy skoro świt, tj. o 2:00, aby przywitać dzień inaczej…

Na miejscu byłyśmy ok. 3:30, było jeszcze ciemno, ale niesamowita atmosfera budzącego się dnia była wszechobecna. Na niebie księżyc, mgiełki ciągnące się nad łąkami, nieśmiało odzywały się pierwsze ptaszyny, kumkały żaby, w oddali było słychać, jak gęsi, zrywając się do lotu, tupią nogami po wodzie. Koleżanka, która często tam bywa, poszła robić zdjęcia i zaginęła we mgle. My stałyśmy oniemiałe i nie wiedziałyśmy, od czego zacząć. W końcu wyjęłam statyw, przykręciłam aparat i… pierwsze zdjęcia po prostu się posypały. Robiąc je, powoli przemieszczałam się w stronę Warty. Od chodzenia po mokrych trawach najpierw przemokły mi buty, a potem już cała byłam mokra – i w pewnym momencie przestało to mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Gdy dotarłam nad rzekę, było już jasno, ale zrobiła się tak gęsta mgła, że nic nie było widać, a co gorsza – na wszystkim osiadła taka rosa, że z liści drzew spadały krople deszczu. Ponieważ rosa osiadała również na aparacie i obiektywach, stwierdziłam w końcu, że to chyba koniec zdjęć i zaczęłam wracać do samochodu.

Spektakl światła i mgieł

Słonko było jednak coraz wyżej i mgła, tak jak się nagle pojawiła, tak nagle prawie zniknęła. Poczułam się jak w filmie grozy. W końcu cała łąka została skąpana w promieniach słońca, które wyłoniło się zza ściany lasu, coraz głośniej śpiewały ptaki, po gęstej mgle zostały piękne korale rosy na pajęczynach. Tu i ówdzie snuły się jeszcze resztki mgieł, które zdawały się tańczyć między drzewami, promienie słońca przyniosły nowe barwy światła nad łąkę, a ja byłam świadkiem niesamowitego spektaklu światła i cienia. I właściwie można by było zacząć sesję od nowa.

Dęby – odwieczne, a wciąż inne

Kawa wypita po powrocie do samochodu – o świcie, pośród mgieł i wschodzącego słońca – smakuje w sposób niepowtarzalny.

I tak – nie mogłam się doczekać, kiedy na dębową polanę wrócę ponownie. Wróciłam po miesiącu, teraz wracam kilka razy do roku i zawsze jestem pod ogromnym wrażeniem tego miejsca. Niby te same dęby, a zawsze wyglądają inaczej. Polecam to miejsce na spacery w gronie rodziny i znajomych o każdej porze roku, dnia i bez względu na pogodę.