Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że znajomość języków obcych bardzo się w zagranicznych podróżach przydaje.

Idealnie bywa wówczas, gdy ten, który znamy, jest jednocześnie językiem urzędowym kraju, do którego przybyliśmy. Ale jak tu nauczyć się około stu języków, które w różnych państwach uchodzą za urzędowe?

Sprawa wydaje się prosta, gdy planujemy podróż po krajach anglosaskich – tu wystarczy znać tylko angielski. I faktycznie, przyjeżdżając do Ameryki Północnej można swobodnie przemierzać tysiące kilometrów po drogach USA i Kanady, czując się, jak u siebie w domu, gdyż angielski – w dość podobnej formie – praktycznie zdominował tę część owego wielkiego kontynentu.

Jeśli jednak będziemy kontynuować naszą podróż na południe od Teksasu i Arizony, wkrótce się okaże, że nasz angielski już nie jest taki przydatny. Tu zaczyna niepodzielnie królować hiszpański. Z wyjątkiem małych enklaw francuskich, angielskich i holenderskich porozumiemy się nim w miarę gładko aż do Ziemi Ognistej. W Brazylii mówi się co prawda po portugalsku, ale z mojego doświadczenia wynika, że dopóki będziemy mieli uśmiech na twarzy, to w języku hiszpańskim załatwimy tam wszystkie najważniejsze sprawy. Nie należy tylko nigdy Brazylijczyków pytać, czy znają język hiszpański, bo wówczas rozłożą ręce i z rozbrajającym uśmiechem odpowiedzą, że nie. Ale ilekroć właśnie z uśmiechem na twarzy odzywałem się po hiszpańsku, zawsze udało mi się nawiązać rozmowę, tyle, że oni odpowiadali po portugalsku, a ja z kolei musiałem się gimnastykować, aby zrozumieć, o co chodzi. Parę razy nasza rozmowa układała się na tyle składnie, że usłyszałem: – Gdzie pan się nauczył tak dobrze mówić po portugalsku?!

Takie komplementy zawsze miło usłyszeć, mimo że są czasem wygłaszane kurtuazyjnie albo na wyrost. Pamiętam, że kiedyś młodzi ludzie na Jawie w Indonezji pochwalili mnie za mój dobry angielski: – Pan dobrze mówi po angielsku, ale zauważyliśmy, że nie wszystkim białym tak dobrze idzie, dlaczego? Uśmiechnąłem się na to uprzejmie i wyjaśniłem, że w Europie w każdym kraju mówi się innym językiem i dla każdego nie-Brytyjczyka angielski jest językiem obcym – podobnie jak i dla nich samych.

Ale podróż po krajach, w których angielski jest mało znany, a których język miejscowy jest jednocześnie mało popularny, to już większe wyzwanie. Na szczęście często tak bywa, że kiedy zawodzi kontakt werbalny, z pomocą przychodzi życzliwość i pomysłowość. Tak było na przykład podczas naszej podróży po wschodniej Turcji. Jadąc autobusem z Goreme do Gaziantep musieliśmy po drodze przesiąść się – mieliśmy na to 10 minut – w Kayseri. Pech chciał jednak, że dojeżdżając tam mieliśmy kwadrans spóźnienia. Próbowaliśmy powiedzieć o naszym kłopocie konduktorowi, ale na nic się to nie zdało. Dopiero gdy rzucił okiem na nasz bilet na dalszą trasę pojął, o co chodzi. Po chwili cały autobus kibicował nam życząc, abyśmy tylko zdążyli. Spóźnienie na przesiadkę oznaczało, że na kolejny kurs musielibyśmy czekać całą dobę. Ludzie oferowali nam swoje telefony komórkowe, abyśmy zadzwonili na dworzec, ale ponieważ nie znaliśmy tureckiego, nie miało to większego sensu.  W końcu jednak wiadomość jakoś poszła w świat, a konduktor co chwilę podchodził do nas i uspokajał, że wszystko będzie w porządku. I rzeczywiście – autobus do Gaziantep czekał!

Innym razem, podróżując z Batman do Van, po kilku godzinach jazdy non stop postanowiliśmy się dowiedzieć, kiedy wreszcie staniemy na toaletę i posiłek. Konduktor coś tłumaczył po turecku, ale co? Tego nie wiedzieliśmy… Podchodzili do nas inni pasażerowie, też próbowali szczęścia, aż w końcu pewien mężczyzna podał Marioli telefon komórkowy. Nie bardzo wiedząc, o co chodzi, po chwili wahania nieśmiało rzuciła do słuchawki “halo”, po czym ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu usłyszała zadane cudzoziemską polszczyzną pytanie: – Czym mogę służyć? Okazało się, że nasz towarzysz podróży zadzwonił do kolegi w Stambule, Polaka z pochodzenia, aby ten się dowiedział, o co nam chodzi.

Wniosek stąd taki, że języki obce zawsze warto znać, ale sam język za nas i tak nie rozwiąże wszelkich problemów… Skąd my to znamy?