Czy w jednej wsi może mieszkać kilku Janów, którzy mają różne… imiona? Absurd? Przed wiekami takie sytuacje zdarzały się nader często i nikogo wcale nie dziwiły. 

Tak jak dla nas, również dla naszych babć i dziadków w minionych stuleciach imiona były i są przede wszystkim ważnym elementem odróżniającym jednego Kowalskiego od innego, jednego Wójcika od drugiego. Przed wiekami jednak w dużo większym stopniu niż obecnie miały one stanowić życiowy drogowskaz dla chrzczonego dziecka. Dziś często myślimy raczej o urodzie czy oryginalności imienia, nasi przodkowie natomiast – bardziej o zapewnieniu potomkowi szczęścia przez związanie go z jakimś świętym patronem. Dlatego chrzcząc dziecko, dość często wyraźnie, bardzo konkretnie zaznaczano, o którego patrona chodzi. W przypadku osób niepiśmiennych, a więc i nieoczytanych, dużą rolę zapewne odgrywali księża, podpowiadając rodzicom gotowe rozwiązania. Niekiedy o wyborze decydował ślepy los (np. data urodzenia dziecka zbieżna z dniem patrona), niekiedy jednak… po prostu fantazja proboszcza.

Tak wykształciły się imiona podwójne, dziś już w naszym kraju praktycznie nie używane, których ślady odnajdziemy w takich, za sprawą m.in. literatury, czytelnych jeszcze dla współczesnych Polaków formach, jak Jan Baptysta (w XIX-wiecznych księgach metrykalnych w języku polskim używano formy Jan Chrzciciel), Jan Kanty (a więc Jan z Kęt) czy Jan Nepomucen. Co ważne – każde z tych imion, choć składało się z dwóch członów, było traktowane jako jedno, w dodatku inne od pozostałych. Jan Kanty zatem to było jedno imię, inne niż np. Jan Nepomucen. Czy to oznacza, że gdy w karczmie spotkało się dwóch Janów, to pozdrawiało się: witaj, Janie Chrzcicielu albo czołem, Janie Kanty? Nie – choć formalnie nosili różne imiona, to w praktyce dla wszystkich mieszkańców wsi obaj byli zwykłymi Jankami. Najlepiej świadczy o tym fakt, że w późniejszych dokumentach – gdy brali śluby lub chrzcili własne dzieci – występowali już jako zwykli Janowie. Tylko niektórzy używali wymiennie obu członów swojego imienia, np. raz przedstawiając się jako Jan, raz jako Kanty.

Większość imion podwójnych z czasem zanikła. Ostatnie ich ślady można odnaleźć jeszcze na przełomie XIX i XX wieku. A szkoda, bo zdarzały się wśród nich prawdziwe perełki, które – zwłaszcza w ciekawym zestawieniu z niektórymi nazwiskami – mogą urzekać. Bodaj najwięcej takich imion tworzono przy wykorzystaniu imienia Jan. W księgach metrykalnych natknąć się więc można na Jan z Matty Zielińskiego, Jana z Dukli Kowalskiego, Jana Kapistrana Banacha czy Jana Ewangelistę Kopcia. Ciekawie prezentują się też imiona Franciszka Salezego Cygana czy Rafała Archanioła Spyrki. Do wyboru pozostawało też m.in. dwóch świętych Wincentych, dzięki czemu odnajdziemy w dokumentach i Wincentego Ferreriusza Bzdelę, i Wincentego Kadłubka Dudka. W księgach metrykalnych zapisane są również ciekawe żeńskie imiona podwójne, reprezentowane np. przez Katarzynę z Sieny Nowak czy Magdalenę z Paryża Jaśkównę (w łacińskich dokumentach imię to wygląda szczególnie wytwornie: Magdalena de Paris). Prawdziwy popis fantazji dał jednak na początku XIX wieku jeden z proboszczów – do spółki z rodzicami – nadając dziewczynce aż dwa imiona podwójne, które skrzętnie zapisał w księdze po łacinie: Rosa Limana Anna Prophetissa, co przetłumaczyć można jako Róża z Limy Anna Profetyczka (ewentualnie – Prorokini). Na szczęście dla niej i całej wioskowej społeczności dziewczynka ta do końca swoich dni zwana była przez wszystkich po prostu Rozalką.