Gdy wiosną przyroda budzi się do życia, przemarznięte, zmęczone zimą i zestresowane mieszczuchy garną się na jej łono, wierząc w ozdrowieńczą moc świeżej zieleni i pierwszych mocniejszych promyków słońca. 

Organizujemy majówki, spotykamy się na piknikach, rozpalamy ogrodowe grille. Wciąż szukamy okazji do odpoczynku i zabawy. Bo maj to nasza nagroda po zimie.

Ten wiosenny rytuał powtarzamy za naszymi przodkami już od stuleci. Nawet w dawnej Polsce, w której odpoczynek był raczej przywilejem ludzi zamożnych, zwykli, zapracowani na co dzień mieszkańcy miast pragnęli także innych rozrywek niż zapijanie smutków w karczmie. Wychodząc naprzeciw takim oczekiwaniom, jeden z kasjerów królewskich, bankier Fryderyk Kabryt w 1776 r. kupił teren przy warszawskim Nowym Świecie i przeznaczył go na miejsce do publicznych zabaw dla ludności stolicy. Miejsce to – wówczas nazywane Vauxhall (dziś w spolszczonej wersji Foksal) szybko zdobyło sobie popularność wśród mieszczan.

Ogromnym powodzeniem w tamtych czasach cieszyły się także wypady Warszawiaków na Bielany. Zapoczątkowały je wyjazdy na polowania królów Augusta II, Augusta III, a później Stanisława Augusta. Śladem monarchów podążali dworzanie,z czasem także tłumnie mieszczanie, a nawet miejska biedota. O ile po Vauxhallu pozostał jedynie ślad w nazwie ulicy, o tyle Bielany utrwaliły się w miejskiej tradycji jako miejsce organizowania majówek i pikników i wszelakich imprez ludycznych, czego świadectwem są słowa popularnej niegdyś piosenki Marii Koterbskiej: „Karuzela, karuzela na Bielanach co niedziela…”.

Tradycja piknikowo-majówkowa stopniowo rozwijała się w kierunku organizowania imprez o charakterze rodzinnym i towarzyskim. Niekiedy w miejscach szczególnie popularnych odbywały się dodatkowo rozmaite koncerty czy pokazy (już w 1776 r. na warszawskich Bielanach odbył się wspaniały pokaz iluminacji i sztucznych ogni). Prawdziwą rewolucję w tej dziedzinie przyniósł PRL. Po wojnie nowe władze postanowiły zapanować nad imprezowym żywiołem. Odpoczynek i zabawa uzyskały formy zorganizowane i kolektywne, wiosenny entuzjazm mas pracujących ukierunkowano we właściwą stronę, a łono natury upaństwowiono. Na imprezy masowe nie szczędzono sił i środków. Towarzyszyło im mnóstwo rozmaitych atrakcji: od potańcówek pod gołym niebem (gdzie dziś tak można potańczyć), pokazów, występów, koncertów, zabaw i zawodów sportowych, po festyny czy kiermasze, na których można się było zaopatrzyć w towary na co dzień w sklepach niedostępne. Imprezy takie, jak choćby tłumnie odwiedzane kiermasze książki, miały niesamowitą – dziś już raczej nie do odtworzenia – atmosferę.

Ówczesne imprezy miały też swoje smaki. Przy odrobinie szczęścia można było upolować piwo lub kiełbaskę z rożna (PRL-owski pierwowzór kiełbaski z grilla). Nie było to jednak częste z uwagi na „przejściowe” problemy z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze – zwłaszcza mięsne. Do woli natomiast można było objadać się watą cukrową – innowacyjnym produktem stanowiącym efekt kooperacji państwowego przemysłu cukierniczego (surowiec, czyli cukier) i tzw. prywatnej inicjatywy (pan lub pani kręcąca patykiem po wnętrzu specjalnej maszyny). W odwodzie pozostawała wizytówka rodzimego mleczarstwa, czyli lody na patyku „Bambino” (poza festynami dostępne także w miejscowościach wypoczynkowych, zwłaszcza nad Bałtykiem). Pragnienie gasiła woda z saturatora, tylko z czystej złośliwości przez „ulicę” zwana gruźliczanką – w wersji luksusowej z dodatkiem soku.

Mimo ogromnych starań władzom PRL-u nie udało się całkowicie zapanować nad rzeszą amatorów majówek, o czym świadczyły zapchane autobusy tzw. zielonych linii i podmiejskie pociągi, które w każdy weekend wywoziły z miast tłumy mieszczuchów chcących miło spędzić wolny czas jedynie w gronie najbliższych lub przyjaciół. Z czasem, gdy w państwowej kasie brakowało już pieniędzy, a polskie społeczeństwo w coraz większym stopniu się „motoryzowało”, ta indywidualna forma piknikowania zaczęła wyraźnie już dominować, a oficjalne imprezy majówkowe podupadały, traciły swój rozmach i znaczenie. Tym bardziej że powoli gasł też entuzjazm potencjalnych ich uczestników.

Lata 80. przyniosły ostateczny kres imprezom w starym, PRL-owskim stylu – władze nie miały już czym kusić (z czego kręcić watę cukrową, gdy cukier jest na kartki), a organizowanie wielkich zgromadzeń ludzi, zwłaszcza w okolicach 3 maja, było ostatnią rzeczą, jaka mogła jej chodzić po głowie (tłum mógłby źle ukierunkować swój entuzjazm). Zostaliśmy sami z naszymi prywatnymi majówkami, ogniskami, piknikami. W nowej rzeczywistości politycznej, w latach 90. w tę sferę naszego życia wdarł się, nie rewolucjonizując jej, lecz doskonale się do niej dopasowując – grill. To ten amerykański wynalazek George’a Stephena, który „rozkroił” kulistą, morską boję, by uczynić z niej dwuczęściowy, wygodny piecyk, jest obecnie głównym bohaterem naszych majowych spotkań w plenerze.