Lato zawsze przywodzi tę myśl: sportowe salony stolicy z wodą związane. Ongisiejsze, niestety. Może ta forma współżycia sportowo-towarzyskiego się przeżyła, a może my pomogliśmy jej zaginąć? My – w sensie władzy stołecznej…

Zdjęcia na Facebooku przypomniały tzw. plażę Kozłowskiego. Nad Wisłą, blisko Poniatoszczaka, „opartą” na Wale Miedzeszyńskim, zorganizowaną i zabudowaną. Widzę budynek z szatniami, wypożyczalnie sprzętu; widzę tłum opalających się na leżakach oraz pluskających w rzece… Wyprawa w zasięgu tramwaju, albo i spaceru. W nastroju – ze zdjęć sądząc – coś podobnego jak dawne wyprawy tysięcy warszawiaków do Lasku Bielańskiego. Pewnie zjeść i wypić też było gdzie, a ceny – sądzę – umiarkowane. Pamiętam resztki jeszcze z lat studenckich – taki wpuszczony w Wisłę prostokąt drewniany jak pływalnia. Było – nie ma. Ma kiedyś znów być, ale – czy będzie? Jeśli przez tyle lat była zgoda na nieistnienie? Fakt, widzę jeden argument: kiedy ja w Wiśle pływałem, woda bywała ohydna; może drzewiej lepiej pachniała…

Gdy jadę koło stadionu Legii, widzę rozległy parking. I sam siebie pytam, które auto stoi na miejscu, gdzie kiedyś, nad brzegiem basenu, uczyłem się grać w brydża, obserwując mistrzów – koszykarza Rysia Żochowskiego i urodziwą siatkarkę Danutę Jośko?

Jeśli plaża nad Wisłą oferowała coś w rodzaju festynu dla każdego, to pływalnia Legii stanowiła salon towarzyski stolicy. Tam wypadało bywać, tam trzeba było bywać. Tam się opalało, bawiło, pływało i dotykało wielkiego świata. To było miejsce, jak się dziś mawia – kultowe. Zapisano w kronikach: „Odwiedzali je Kalina Jędrusik, Mieczysław Czechowicz, Karol Strasburger (obydwaj członkowie sekcji gimnastycznej), Tadeusz Pluciński, Jerzy Gruza, Bohdan Łazuka, Leopold Tyrmand (też członek Legii). Bywali również Stanisław Dygat, Tadeusz Konwicki, Jan Englert i Barbara Sołtysik. Baseny Legii odwiedzał również Andrzej Zaorski, Stanisława Tym”. Parę romansów i małżeństw nad wodą się zawiązało…

Są ślady obecności we wspomnieniach i w literaturze. Z dziesięciometrowej wieży podczas festiwalu młodzieży w 1955 roku skakał meksykański arcymistrz olimpijski Capilla, jeśli pamięć mnie nie zawodzi… Był też w obsłudze pan K. – legenda obiektu. Chyba ponad 120 kg wagi osobistej, a jak sprawny… Pokazywał to, skacząc… Dla popisu, także na prośbę kogoś sławnego… Spotkałem go po latach, był zafrasowany. Zapytałem dlaczego. „Bo Pan Holoubek wziął do teatru. Mam grać kata. Pan wie, jakie to trudne? Mówić nie muszę, ale trzeba pamiętać, kogo związać, a kiedy brać się do ucinania głowy…”.

Są wspomnienia w anegdocie. Bileter nie chciał wpuścić oficera, a to przecież klub był wtedy wojskowy pełną gębą. „Dlaczego?”. „Bo pan kapitan siusia do basenu…”. „Panie, toż wszyscy to robią…”. „Może, ale pan kapitan z wieży…”.

Znów cytat z kroniki: „W latach 60–70 kult tego miejsca był już znany nie tylko w Warszawie, ale również w całej Polsce. Działo się tak, gdyż baseny Legii były chętnie wykorzystywane jako plan filmowy. To właśnie z najwyższego stopnia wieży popisowym skokiem chwalił się nasz James Bond, czyli porucznik Borewicz. W jednym z odcinków serialu 07 zgłoś się podrywał odważnymi saltami piękną stewardessę LOT-u”…

I tak działo się od roku 1928 po… Już nie pamiętam, ale ładnych kilkanaście lat temu zaczęło się zamykanie salonu. Zburzono krótko istniejące uzupełnienie w postaci krytej pływalni (ona to ledwie epizod), otwarta niszczała bez wody, trybuna na 2500 widzów też… I gdy modernizowano stadion – ślad po pływalni zaginął. Znaczy – został w nostalgicznych wspomnieniach i trochę w pytaniu: czy dziś sportowe obiekty, których przecież coraz więcej, nie mogą kontynuować tradycji spajania sportowego wypoczynku z życiem towarzyskim..?