W języku suahili “dawa” znaczy lekarstwo. Jeśli jednak ktoś w tym momencie zaczyna puszczać wodze fantazji i wyobraża sobie szamana w upiornej masce odprawiającego czary nad cierpiącą ofiarą, to jest w grubym błędzie.

“Dawa” to bowiem jednocześnie nazwa własna lekarstwa o wiele bardziej kojarzonego z kulturą Zachodu. Jego składniki są proste: czysta wódka, syrop z trzciny cukrowej lub miód i sok z limonki wraz z pulpą i skórką oraz lód dla ochłody. Nazwa „dawa” dla tego najpopularniejszego cocktailu Kenii i Tanzanii nie jest wcale nieuzasadniona. Już od dawien dawna wiadomo jest, że nawet niewielkie stężenie alkoholu działa bakteriobójczo, a sok z limonki zabija zarazki cholery, o którą w tropikach wcale nie trudno.

Podobną receptę na różne „lekarstwa” tego typu można znaleźć w strefie gorącej na całym świecie. Ich smak będzie różny, ale dwa podstawowe składniki, wódka lub gin i limonka, pojawią się niezmiennie w recepturze każdego z nich. W różnych rejonach świata barmani wymyślają coraz to lepsze „lekarstwa”. Lepsze, ale nie zawsze skuteczne. Najskuteczniejszy dotąd napój wyskokowy wymyślili Brytyjczycy, a ich gin & tonic z kawałkiem limonki to kwintesencja tropikalnego „lekarstwa” właśnie, bowiem oprócz ginu i limonki organizm wzmacnia także chinina zawarta w toniku. Ten, kto czytał „W pustyni i w puszczy”, pamięta, jak ważny to element do walki z malarią. Dziś istnieją bardziej skuteczne przeciwmalaryczne, ale odrobina chininy nigdy nikomu w tropiku nie zaszkodzi.

Brazylijskim odpowiednikiem dawa jest caipirinha, której głównym składnikiem jest cachaça, narodowy alkohol tego wielkiego kraju. W krajach andyjskich, takich jak Boliwia, Peru, Ekwador i Chile, wszyscy się „leczą” pisco. A w Meksyku któż by się nie dał skusić na zmrożoną margaritkę zrobioną na bazie tequili, szczególnie w upalny dzień? Oczywiście każdy z tych napojów ma jeszcze sporą dawkę witaminy C w postaci soku z limonki.

Rum zawsze mi się kojarzył z Karaibami, a zwłaszcza z Jamajką, gdy w młodym wieku zaczytywałem się książkami podróżniczymi Szklarskiego. Jednym z głównych bohaterów jego serii o dzielnym, przemierzającym kraje i kontynenty Tomku Wilmowskim jest bosman Nowicki, który nigdy nie rozstaje się z manierką rumu z Jamajki. W krajach zasobnych w trzcinę cukrową najbardziej popularnym alkoholem jest rum. Trzcina cukrowa rośnie obecnie w wielu miejscach na świecie. Na Madagaskarze butelka 50-procentowego rumu kosztuje niewiele więcej niż podobnej wielkości butelka miejscowego piwa. Wybór jest więc oczywisty, tym bardziej że malgaski rum, choć poza granicami swojego kraju zupełnie nieznany, to jest zupełnie do rzeczy.

Pewnego razu, podróżując po Indiach, zagadnęliśmy naszego kierowcę, czy zna jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć w wino.
– Jakie wino państwo by chcieli? – zapytał uprzejmie Kamal.
– Na przykład czerwone…
Tu Kamal się nieco zafrasował i trochę zbity z tropu niepewnie zapytał:
– Coś jak whisky lub rum?
– O właśnie! – odpowiedzieliśmy zgodnie, nie chcąc niepotrzebnie dezorientować naszego kierowcy, tym bardziej że ruch na drodze wymagał od prowadzącego samochód pełnej koncentracji.

Zdaliśmy się więc przez przypadek na rum indyjski, który okazał się znakomity. Ponieważ oboje poczuliśmy lekki niepokój w żołądku po ostatnim posiłku, więc ochoczo pociągnęliśmy z butelki po dużym łyku. Kamal to wszystko obserwował kątem oka i z nieukrywanym zdziwieniem zapytał:
– Państwo nie rozcieńczają rumu?
– Ależ po co, w takiej formie jest najlepszy.
– Ja to nigdy nie piję rumu samego, muszę go najpierw rozcieńczyć wodą w stosunku 1 do 3 – powiedział z podziwem Kamal.

Lekarstwo bosmana Nowickiego po chwili zaczęło działać – nasze żołądki uspokoiły się, a i ruch na drodze już nie wydawał się nam taki straszny…