Stoi na obszernym placu, zalana słońcem, ażurowa, biała jak panna młoda w koronkowej sukience – mediolańska katedra. 

Po raz pierwszy zobaczyłam ją w wieczornej odsłonie. Wysiadłam z metra na stacji Duomo, wspięłam się na kilka schodów… Najpierw pojawiły się oświetlone pinakle, potem ozdobne, ażurowe przypory, gargulce, rzeźby, ogromne maswerki okien – i katedra pokazała całe swe piękno.

Jest godzina przed północą, ludzi niewiele, ciepło, chociaż to początek lutego. Idealne warunki, aby pozachwycać się słynną Duomo. Podświetlane od środka witraże obiecują wspaniałe wnętrze. Te wrażenia jutro, za dnia, w czasie otwarcia katedry. Dziś zaprasza, tuż obok , dziewiętnastowieczna Galeria Wiktora Emanuela II. W niej na posadzce słynne miejsce – mozaika przedstawiająca byka, na którego genitaliach trzeba zakręcić się na pięcie, na szczęście.

Budowę katedry rozpoczęto pod koniec XIV wieku. Potrzebny marmur wydobywano w kamieniołomach w Candoglii, a transportowano kanałami Naviglii. Kanały to miejsce w Mediolanie, które warto zobaczyć. Zbudowane w XII wieku zostały później zmodernizowane przez Leonarda da Vinci. Śladów działalności wielkiego mistrza renesansu jest tu wiele. Obowiązkowo trzeba odwiedzić kościół Santa Maria delle Grazie, gdzie w refektarzu znajduje się słynna „Ostatnia wieczerza”, rozpropagowana przez książkę Dana Browna i film nakręcony na jej podstawie. Aby zobaczyć malowidło, konieczna jest rezerwacja biletów przez internet.

Po raz drugi oglądam „mediolańską księżniczkę” w blasku południowego słońca. Biały marmur mieni się odcieniami różu. Jest zachwycająca. Co prawda, trójkątną fasadę skończono dopiero w XIX wieku na polecenie Napoleona (tu koronował się na króla Włoch), ale znakomicie harmonizuje ona z resztą świątyni. Cała budowla jest ażurowa i lekka i trudno uwierzyć, że pretenduje do miana największej gotyckiej katedry w Europie.

Budowa jej nie była łatwa. Po rozpoczęciu projektu ogromnego pięcionawowego kościoła okazało się, że przed budowniczymi zaczęły piętrzyć się problemy konstrukcyjne. Powołano więc międzynarodową komisję ekspertów złożoną z architektów włoskich, niemieckich, francuskich. Każdy miał inne zdanie i spory dotyczące kontynuacji budowy trwały długo, opóźniając ją znacznie. Do prac nad katedrą zaangażowali się obywatele Mediolanu. Finansowali budowę, czynnie przy niej uczestniczyli (kopali fundamenty), ale także akceptowali (bądź nie) pomysły architektów. I może właśnie zainteresowanie zbyt wielu osób spowodowało, że budowa ciągnęła się przez kilka stuleci…

Do środka wchodzimy przez brązowe drzwi przedstawiające sceny z życia Marii (patronki katedry) i świętego Ambrożego (patrona Mediolanu). Wnętrze jest ogromne i mroczne, chociaż okna są dużych rozmiarów. W założeniu architektów było uniknięcie błędu francuskich kolegów, budowniczych paryskiej Notre Dame. Tu chciano bardziej rozjaśnić wnętrze. Niezupełnie się to udało. Przez kolorowe szkiełka przeciska się światło, rzucając barwne plamy na przeciwległe kolumny.

Klucząc między 52 filarami, znajdziemy wyjątkową rzeźbę. To przedstawienie świętego Bartłomieja odartego ze skóry. Wyobraźnia podpowiada nam, że zobaczymy coś koszmarnego. Nic bardziej mylnego. Co prawda święty ma swoją skórę zawieszoną na ramionach, a na ciele można odróżnić każdy mięsień, jednak szesnastowieczna rzeźba nie jest odrażająca.

Niewątpliwą atrakcją mediolańskiej katedry jest spacer po jej dachu . Aby tam się znaleźć, trzeba wybrać między windą (12 euro) a schodami (7 euro). Połowę kwoty płacą seniorzy powyżej 65. Roku życia i dzieci do lat 12.

Z góry widać sporą część miasta, a przy dobrej widoczności można nawet dostrzec Alpy.

Nad dachem góruje złocony posąg Madonniny, jak mediolańczycy pieszczotliwie nazywają patronkę świątyni.