Jak wygrać z bezlitośnie i na oślep pędzącym czasem? Nasze prababcie i pradziadkowie doskonale radzili sobie z tym problemem. I nie potrzebowali do tego cudownego eliksiru młodości… 

Gdy odnalazłem sporządzony 200 lat temu akt urodzenia Marianny, zdawało mi się, że dalej wszystko pójdzie jak z płatka: że jeszcze chwila i szczegóły jej życia przestaną być dla mnie tajemnicą. Wertowałem roczniki ksiąg metrykalnych jej parafii, w nadziei szybkiego odszukania śladu ślubu. Marianna okazała się jednak bardzo cierpliwa. Nie wyszła za mąż jako nastolatka, pogardziła mariażem w wieku lat 20, 21, 22… Kolejne roczniki to otwierały się, to zamykały przed moimi oczyma, a poszukiwanej ani śladu. Odnalazła się – jak na ówczesne standardy – bardzo późno, bo gdy stuknęło jej 29 wiosen. Trochę się pannie Mariannie przy rodzicach zasiedziało, jednak nawet wówczas, choć niezbyt często, takie sytuacje się zdarzały. Ale co u licha…? Z aktu małżeństwa wynika, że gdy Marianna poślubiała 22-letniego młodziana Kazimierza, liczyła sobie lat… 24. Jakim cudem odmłodniała o całe pięć lat?

W czasach, w których nie było bezlitosnego numeru PESEL, dowodów osobistych, NIP-ów, PIN-ów i innych tego typu wynalazków, a umiejętnością pisania i czytania mogli się pochwalić nieliczni, wykonanie „operacji odmładzającej” nie było trudne. Odnotowywane w dokumentach informacje podawano „na gębę”, zapisywane ze słuchu, a weryfikowane na oko. I wiele zależało od tego, jaką kto miał „gębę”, jakie oko i jakie uszy. Wystarczyło, że ktoś zaseplenił, że miał lat „ssssssdzieści”, by zostać zaliczonym zarówno do grona trzydziestolatków, jak i czterdziestolatków – a przy odrobinie szczęścia nawet dwudziestolatków. Jeśli przy tym osoba dokonująca wpisu niedosłyszała i miała słaby wzrok, to o tym, jaka treść znajdzie się ostatecznie w dokumencie, mógł decydować czysty przypadek. Co prawda przed udzieleniem ślubu księża z reguły wymagali, by oblubieńcy przedstawili metryki chrztu, ale jeśli dotyczyło to osób im znanych, z ich parafii, to zapewne upraszczali sobie życie i od tego obowiązku odstępowali (po co tracić czas i siły na wystawianie dokumentu dla siebie samego).

Czy Kazimierz wiedział o tym, że jego wybranka zajmuje się igraszkami z czasem? Z ksiąg metrykalnych wynika, że albo pozostawał w błogiej nieświadomości do końca swoich dni, albo był nad wyraz łaskawy dla swojej małżonki, albo… Marianna znalazła sposób na zachowanie wiecznej młodości. Jako ojciec Kazimierz zgłaszał do ksiąg swoje kolejne dzieci, za każdym razem podając przy tym wiek swój i żony. I o ile sam Kazimierz – w świetle zawartych w aktach chrztu informacji – starzał się niemiłosiernie, z czasem przekraczając bariery 25, 30, 35 lat, o tyle jego połowica długo nie była w stanie pokonać magicznej trzydziestki. Raz tylko – czy to w przypływie złego humoru, czy też „upojony szczęściem” z okazji narodzin kolejnego syna – Kazimierz się zapomniał i poinformował, że jego małżonka jest w tym samym wieku, co on, czyli że ma 33 lata. Tę krzywdzącą Mariannę informację szybko jednak, bo już za rok, udało mu się sprostować: z okazji chrztu ostatniego dziecka tej pary stwierdził – a ksiądz to zapisał – że małżonka nie może liczyć sobie więcej niż 31 lat.

Wraz z narodzinami ostatniego (prawdopodobnie) potomka ślad po Mariannie i Kazimierzu urywa się. Niewykluczone, że przenieśli się do innej wsi lub wywędrowali do miasta. Może Kazimierz zmarł, a wdowa po nim – co było wówczas bardzo częste – wyszła ponownie za mąż, zmieniając nazwisko, zacierając w ten sposób ślad po sobie? A może Mariannie rzeczywiście udało się pokonać czas?