Stwierdzenie „mieć wiele na głowie” jest stwierdzeniem dwuznacznym. Choć z reguły mówimy tak, kiedy mamy napięty kalendarz i bardzo niewiele wolnego czasu, to coraz więcej ludzi może użyć go do opisania zupełnie innego problemu. Właściwie chcieliby oni, aby mieć na głowie jak najwięcej. Nie chodzi tyle o zajęcie czy obowiązki, ale najzwyczajniej na świecie o… włosy.

Artykuł partnera

W różnych czasach panują różne obyczaje. Na przykład w średniowieczu układ włosów czy w ogóle ich posiadanie miał bardzo istotne znaczenie. Wyższe warstwy społeczne, które miały wpływ na rządy, posiadały bujne owłosienie na głowie, podczas gdy na drugim końcu społecznej drabiny byli ogoleni na zero niewolnicy. Gdzieś pośrodku tego zestawienia byli umiejscowieni duchowni, którzy golili czubek głowy, a włosy, które pozostawały, przypominały koronę cierniową.

Ta tak zwana tonsura (ogolona część głowy) miała różne rozmiary, na przykład karmelici czy franciszkanie golili samo ciemię, natomiast kameduli już całą głowę. Co ciekawe, tonsurę zniósł dopiero papież Paweł VI w 1972 roku, czyli grubo po ponad tysiącu latach od jej wprowadzenia. Natomiast co dziś można stwierdzić z całą pewnością, to fakt, że dziś łysina w żadnym stopniu nie jest wyznacznikiem zajmowanego na społecznego drabinie miejsca (choć po niektórych fryzurach można by się tego domyślać). W dzisiejszych czasach raczej nikt dobrowolnie nie goli sobie głowy (chyba że mówimy o niektórych subkulturach). Raczej jest to spowodowane tym, że włosy po prostu zaczynają wypadać i trzeba coś z tym fantem zrobić.

Co mówią liczby?

Statystyki dotyczące łysienia nie są zbyt optymistyczne dla Polaków czy w ogóle dla Europejczyków. Jakiś czas temu zespół antropologów fizycznych z Kanady opublikował wyniki przeprowadzonego badania na temat procentu łysych mężczyzn w danym kraju. Według sporządzonego na ich podstawie rankingu najbardziej łysych narodów, pierwsze miejsce zajęli Czesi (prawie połowa mężczyzn cierpi na częściową lub całkowitą utratę włosów na głowie), wyprzedzając Hiszpanów, Niemców i Francuzów.

Polska została sklasyfikowana na ósmym miejscu, za Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonym i Włochami, natomiast przed takimi państwami, jak Rosja i Kanada. Gdyby pokusić się o generalizację, mamy tu bogate, rozwinięte kraje, położone na północnej półkuli. Dla zestawienia, kraje, gdzie jest najmniej łysych mężczyzn, to Chiny, Meksyk, Japonia, Hongkong, Malezja, Tajwan i Korea Południowa, ale również na przykład kraje Skandynawskie (co nieco łamie na nam wcześniejszą generalizację, ale można potraktować to jako wyjątek potwierdzający regułę).

Z czym naprawdę mamy do czynienia?

Jak wynika z publikowanych statystyk, bardzo wiele osób choruje na coś, co medycyna określa mianem androgenowego wypadania włosów. Co to dokładnie oznacza w tłumaczeniu na język dla każdego zrozumiały? Łysienie androgenowe jest chorobą, która dotyka zarówno mężczyzn, jak i kobiet, powodując stopniowe przerzedzanie się i wypadanie włosów. Jest ona zależna od androgenów (stąd jej nazwa), czyli hormonów płciowych, które występuje przede wszystkim u mężczyzn, ale również, w mniejszym stężeniu, u płci pięknej. Dlatego też często mówimy o łysieniu androgenowym typu męskiego, które dotyka około 80 procent wszystkich mężczyzn.

Badania naukowe potwierdziły niejednokrotnie kluczową rolę genetyki w tym zakresie – jeśli więc w rodzinie ojciec albo dziadek ze strony matki miał problemy z wypadającymi włosami, bardzo prawdopodobne, że również my tego doświadczymy. Jednak wpływ na wypadanie włosów mają oczywiście również inne czynniki, na przykład środowiskowe. Włosy lubią wypadać również między innymi po porodzie, przy radykalnych dietach, z powodu niewłaściwej pielęgnacji czy rzecz jasna w wyniku chemioterapii. Pozostańmy jednak przy androgenach.

Jak sobie z tym radzić?

Łysienie androgenowe jest w 95 procentach przyczyną wypadania włosów. Skoro jest to choroba, to naturalnym odruchem jest szukanie na nią lekarstwa. Czy można za pomocą jakiegoś preparatu powstrzymać postępujące łysienie? Jednym z takich preparatów, chyba zresztą najbardziej znanym, jest lek Loxon MAX. Przy regularnym stosowaniu na obszary nadmiernego wypadania włosów, po kilku miesiącach można zaobserwować, że rzeczywiście coś ciekawego na naszej głowie zaczyna się dziać. Choć co ciekawe, pierwsze rezultaty z reguły są odwrotne. Na początku stosowania preparatu włosy zaczynają… wypadać.

Jednak jak uspokaja producent, jest to zjawisko normlane, ponieważ „stare włosy pozostające w uśpieniu wypadają, by zrobić miejsce nowym” (więcej na stornie http://stopwypadaniuwlosow.pl/). Loxon MAX można stosować w różnym stadium zaawansowania androgenowego wypadania włosów, jednak warto zapoznać się z ulotką, na której znajdziemy wszystkie przeciwwskazania. Jeśli takowych w naszym przypadku nie ma, warto zawalczyć o nasze włosy.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!