Dzieci to najlepsza inwestycja na starość. Co jednak zrobić, gdy okaże się, że trochę przeinwestowaliśmy?

Co, gdy duża liczba potomków zapewnia nam tyle szczęścia, iż nie jesteśmy już w stanie pomieścić go w jednej, ubogiej, chłopskiej chałupie? Nasi zaradni przodkowie sprzed dwustu lat mogliby nam udzielić niejednej rady w tym względzie.

Myśląc o chłopskiej rodzinie wielodzietnej sprzed wieków, często oczami wyobraźni widzimy rodziców i gromadkę potomków. To mylne wyobrażenie. Taki model w przeszłości nie występował aż tak często, jak mogłoby się wydawać. Niemal w każdej familii rzeczywiście rodziło się w sumie wiele dzieci, jednak duża część umierała wkrótce po przyjściu na świat. Te, które przeżyły, dziesiątkowane były z kolei przez liczne choroby, epidemie, wypadki. Tak naprawdę więc najczęściej nie dochodziło w ogóle do takich sytuacji, by pod jednym dachem z rodzicami żyło w jednej chwili więcej niż np. dwoje czy troje dzieci. Zdarzały się też małżeństwa – i nie były to wcale wypadki odosobnione – mające np. w sumie po kilkanaścioro potomków, z których jednak żaden nie przeżył dzieciństwa. Los takich rodziców był przesądzony: na starość, gdy nie mieli już sił pracować, zostawali żebrakami utrzymującymi się z jałmużny.

Choć trudne warunki życia wymuszały na naszych przodkach skrajny pragmatyzm, w rodzinie było też oczywiście miejsce na emocje, uczucia, miłość. Dzieci – tak jak i dziś, choć zapewne odmiennie to uzewnętrzniano – były kochane. Troszczono się o nie, dbano o ich rozwój. Jednak w dużo większym niż obecnie zakresie potomstwo było postrzegane jako rodzaj zabezpieczenia emerytalnego dla rodziców. Ważnego, bo jedynego, jakim dysponowali nasi pradziadowie. Dzieci były skarbem – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pracowały od najmłodszych lat, pomagając rodzicom lub najmując się do służby. Im było ich więcej, tym lepiej. Gdy zaś dorastały i zakładały własne rodziny, najczęściej zapewniały ojcu czy matce dach nad głową, co ci z kolei odwzajemniali np. opieką nad wnukami.

O tym, że „system emerytalny” sprzed dwustu lat wcale nie był prosty w obsłudze, a „składki” bywały bolesne dla kieszeni, przekonał się Łukasz, sołtys jednej z podłowickich wiosek, który pod koniec XVIII wieku, wraz z żoną Reginą, wiódł trudne, pracowite życie, co Pan Bóg wynagrodził, obdarzając małżonków sporą gromadką zdrowych dzieci. Mieli ich w sumie sześć – same córki. Przez całe dzieciństwo panny sołtysówny pracowały wraz z rodzicami w polu i w obejściu, przysparzając pożytku całej rodzinie. Zapewne jednak około 1805 r. – a może już wcześniej – Łukasz i Regina stanęli przed poważnym problemem wydania za mąż najstarszej z nich. Z pewnością urządzenie wesela i sprawienie wiana nie było rzeczą prostą ani tanią, ale – podołali zadaniu. Dali też sobie radę, gdy po dwóch latach sytuacja powtórzyła się z kolejną córką. Przełknęli również za jakiś czas i trzecie wesele. Prawdopodobnie jednak już wówczas Łukasza i Reginę musiała trapić myśl, że ich sytuacja stała się mało komfortowa: im lat przybywa, sił mają coraz mniej, ubywa też stopniowo rąk do pracy w gospodarstwie, a przecież w kwestii ożenków córek znaleźli się dopiero na półmetku. Co tu zrobić, by za kilka lat nie pójść z torbami? – myśleli.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie ułożyli swój chytry plan, ale z pewnością starania, by wcielić go w życie, podjęli jeszcze w 1810 r. Pomysł nie był może zbyt wyrafinowany, ale skuteczny: postanowili trzy pozostałe panny wydać za mąż za jednym zamachem. Sprawa nie była prosta, bo wymagało to albo znalezienia kawalerów dla córek, które ich jeszcze nie miały, albo nakłonienia do ślubu tych, którzy przychodzili w zaloty, ale się ociągali. Wszystko to należało zgrać ze sobą w czasie i w przestrzeni. Trzeba się też było dogadać z aż trzema rodzinami i przygotować jedną biesiadę, która mogłaby uchodzić za… trzy wesela.

Łukasz i Regina okazali się mistrzami logistyki, czego ślad pozostał w księgach metrykalnych, odnotowujących w styczniu 1811 r. (tradycyjnie – nie w okresie prac polowych) trzy następujące po sobie w odstępach dwudniowych śluby ich córek. Rodzice pomyśleli o wszystkim. Ustalili nawet kolejność ślubów według wieku panien: najstarsza stanęła na ślubnym kobiercu pierwsza, najmłodsza zaś – ostatnia. Można sobie jedynie wyobrazić, jak wyglądał taki ślubnoweselny tydzień na wsi, gdyż w księgach parafialnych nie znajdziemy opisów towarzyszących mu zdarzeń.

Czy najmłodsze dzieci Łukasza i Reginy miały za złe rodzicom, że z takim pragmatyzmem podeszli do kwestii ich przyszłego małżeńskiego szczęścia? Chyba wręcz przeciwnie. Z dokumentów wynika, że oboje w spokoju dożyli swoich dni, znajdując schronienie i opiekę pod dachem najmłodszej córki.