Ksiądz Jan Kaczkowski był inspiracją dla milionów ludzi, wierzących i niewierzących. Nie oferował łatwych pocieszeń. Swoim życiem mówił „nie odpuszczaj sobie, a dasz radę, wstaniesz”. Do księgarń trafiła książka – rozmowa z księdzem Janem Kaczkowskim, spisana w ostatnich tygodniach jego życia.

Ostatnie tygodnie spędził, odpowiadając na pytania o sprawy najtrudniejsze i najważniejsze. Ujmował swoją prostotą i otwartością na innych. Dzięki temu docierał do ludzi o zróżnicowanych poglądach. Wraz z Joanną Podsadecką zaprosił do rozmowy swoich Czytelników. Ich pytania były bardzo osobiste, odważne, szczere aż do bólu. Ksiądz Jan każdego chciał wysłuchać, zrozumieć, każdemu dać coś z siebie. Odpowiadał w swoim stylu, błyskotliwie i z dozą ironii. Dzięki uprzejmości wydawnictwa publikujemy fragment książki „Dasz radę”.

Joanna Podsadecka: Oburza Cię, gdy katolicy patrzą z góry na niewierzących?

Ks. Jan Kaczkowski: Bardzo. Mój ojciec, określający się jako niewierzący, ma takie wyczucie w kwestiach moralnych, że ufam mu bardziej niż sobie. W sytuacjach kryzysowych wiele razy pomagał mi podjąć słuszną decyzję. Doskonale wiesz, że na co dzień można spotykać zarówno pseudowierzących katolików z ustami pełnymi frazesów, którzy innych ludzi traktują użytkowo, okłamują ich, manipulują nimi, wykorzystują, jak i niewierzących personalistów, którzy obok cudzej krzywdy nigdy nie przejdą obojętnie.

Często jesteś pytany, komu się łatwiej odchodzi z tego świata – wierzącym czy niewierzącym. I czego żałują, gdy już wiedzą, że zostało im mało czasu.

Bardzo często. Może więc dobrze będzie tu na te pytania odpowiedzieć. Mam taką obserwację, że łatwiej się umiera tym, którzy kochali. Jeśli uporządkowałaś to, co trzeba, nie ma w Tobie kurczowego trzymania się życia.

kaczkowski-2

Hamuje nas niepowiedziane i nienaprawione?

Tak. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś się skarżył, że był biedny, całe życie musiał tyrać albo nie pojechał na Seszele. Ale wielokrotnie widziałem żal z powodu głupio zerwanych relacji. Tego, że się nie zdążyło przytulić syna czy córki. Że się nie zawalczyło o małżeństwo, gdy się zaczęło walić i że się rozsypała rodzina. Relacje rodzinne, przyjacielskie są życiodajne. Wysiłek, który włożymy w budowanie dojrzałych związków międzyludzkich, ochroni nas przed grubszymi, moralnymi wpadkami. Często jako pokutę polecam ludziom, żeby wyobrazili sobie twarz bliskiej im osoby i pomodlili się za nią tak bardzo, jakby chcieli ją przytulić.

Nie jesteśmy gościnnym narodem?

Wciąż ostatnio słychać u nas nienawistne wypowiedzi. Mówi się, że imigranci przywiozą tropikalne choroby. Będą nas zabijać i zdechrystianizują naszą Europę. Nie bójmy się. Europa sama się zdechrystianizuje. Jestem pewien, że Świętej Rodziny nie wpuszczono by do Unii Europejskiej, bo zatrzymano by ich na granicy i to z trzech powodów. Po pierwsze, święty Józef dziwnie wyglądał. Miał przecież brodę. Można więc pomyśleć, że to talib. Mówi w jakimś dziwnym języku, ma ciemną karnację. Matka Najświętsza też jakaś dziwna. Ma dziecko, ale pozostała dziewicą. Stary osioł pewnie ma jakieś choroby. To nie byli emigranci ekonomiczni, tylko polityczni. Przecież nie dlatego uciekali do Egiptu, bo tam lepiej płacili stolarzom, tylko dlatego, że tam groziła śmierć dziecięciu. Przyjęło się mówić, że Polacy słyną z gościnności. Akurat! Słowo „gościnność” pochodzi od dwóch słów: „gość” i „inność”. Nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych z nami. Gościć można tylko innych. Jeśli nie zaczniemy być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowywany na stół wigilijny wyrzucić przez okno.

Zasadniczo Polacy nie są gościnni. Zawsze jest jakieś „ale”. Stawiamy milion warunków, zanim pomożemy komuś z zewnątrz.

Czy jeśli jest w nas jakiś lęk, że ten inny może nam zagrozić, bo to, co przynosi ze sobą, jest nieznajome, to jak nad sobą pracować, żeby pojawiła się w nas tolerancja?

Przede wszystkim nie należy skupiać się na inności, ale na tym, co pozytywnego ona może wnieść do naszego życia. Trzeba popatrzeć na drugiego nie przez pryzmat inności, ale przez człowieczeństwo, które przecież mamy wspólne.

kaczkowski-3

Czy nadal uważasz, że gdyby dzisiaj Jezus, Maryja i Józef przybyli do Polski, to by ich wyrzucono?

Jestem o tym przekonany, zwłaszcza że zagrażaliby zastanemu porządkowi. Sprzeciwialiby się niesprawiedliwości, pewnie dotknęliby elity i politycznej, i społecznej, i religijnej. Byłoby wielu takich, którzy chcieliby im zamknąć usta. Poza tym są w Polsce jakieś trudne do zrozumienia tęsknoty za jednorodnością w wielu dziedzinach, na wielu płaszczyznach.

Polacy jakby się przyzwyczaili do jednokulturowości, bo po wojnie nie było u nas takiego etnicznego zróżnicowania jak wcześniej. Dziś dość wyraźnie widać, jak wielu Polaków boi się, że ktoś im zabierze ich miejsce pod słońcem. A pod słońcem przecież miejsca jest dość.

Też tak uważam. Zniknięcie tamtych kultur z naszej przestrzeni zubożyło nas. Staliśmy się mniej wrażliwi chociażby kulturalnie, a nawet kulinarnie. Zastanówmy się, jak wiele ciekawych smaków przychodziło i przychodzi z innych kultur. Dla mnie jako smakosza to jest ważne, ale także z tego powodu, że inne tradycje, także kulinarne, staramy się szanować w naszym hospicjum. Gotujemy indywidualnie dla każdego. Każdy codziennie ma prawo sobie zażyczyć cokolwiek zechce.

Czasem mam wrażenie, że obsesyjnie myślisz o hospicjum.

Teraz choroba mnie mocno uziemiła. Ale wcześniej, gdy wyjeżdżałem z Pucka, często łapało mnie poczucie, że powinienem wracać. To było wręcz poczucie winy.

Z czego wynikające?

Że nie zdążę. Nie chcę, żeby pacjenci umierali beze mnie. Kiedyś zadzwonił do mnie lekarz i powiedział: „Jan, pojedź do takiej a takiej pani, bo ona ma już plamy opadowe na nogach, właściwie powinna nie żyć, ale nie może umrzeć”. Pojechałem i ona się wyspowiadała z jednego grzechu, który zataiła na spowiedzi jeszcze przed wojną. Umarła następnego dnia. Każda ludzka historia jest inna. Tysiące śmierci we mnie zapadło.

kaczkowski-4

Czy nie razi Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla Kościoła niż sytuacja, gdy staje się uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamiętajmy.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że hasło Polak-katolik może służyć do wykluczania innych, uznawania ludzi innych wyznań czy niewierzących za obywateli drugiej kategorii.

Jak nie zaczniemy wyciągać wniosków z naszej historii, to będzie kiepsko. Przecież te wszystkie nacjonalizmy, te wszystkie –izmy już przerabialiśmy. I to nas zaprowadziło do Auschwitz.

Gdy się patrzy na polską scenę polityczną i zaostrzające się podziały pomiędzy partiami, trudno dostrzec płaszczyznę porozumienia.

Ale płaszczyzny porozumienia przede wszystkim musimy szukać ludzkiej. Musimy odnaleźć w sobie ciekawość dla inności. Jeżeli będziemy z naszego obozu próbować zaglądać do innego, to na pewno coś pozytywnego dla naszego obozu z tych obserwacji wyniknie. Zaczynam od kuchni, bo sprawy kulinarne są niezwykle istotne. Gdyby nie pojawiły się wpływy Austro-Węgier, na pewno nasza kuchnia byłaby uboższa. Dlaczego je dziś odczuwamy? Bo nasi przodkowie mieli odwagę wychylić się z tego piastowskiego grajdołka.

My, Polacy, chyba często grzeszymy jednostronnością. Lubimy dostrzegać jedynie swój punkt widzenia. Czy to jest grzech: nie chcieć zrozumieć drugiego człowieka?

To jest z pewnością zaniedbanie. Żyć świadomie to znaczy także wciąż na nowo sobie przypominać, że „moja mojszość” wcale nie jest ważniejsza niż „twoja twojszość”.

Czytaj więcej o ks. Kaczkowskim i jego ostatniej książce >>