Warszawa? Ptaki. Ptaki – mnóstwo ptaków. Widać je i słychać mimo wielkomiejskiego zgiełku… Prawdziwe, dzikie, nie tylko miejskie gołębie.

Tymi słowy, znajomy cudzoziemiec, obieżyświat, jednym tchem zaspokajał moją ciekawość, czym w swych wędrówkach mógłby wyróżnić naszą stolicę. Człowiek ten zna wiele wielkich miast Europy i nie tylko naszego kontynentu. Powiada, że w innych aglomeracjach huczy miasto, a w Warszawie łatwo usłyszeć ptaki. Odkrycia dokonał przed kilkoma laty, w czasie jednego z pierwszych pobytów w Polsce. Mówi, że nie interesował się ptactwem, a u nas one same do niego przemówiły. I wcale nie chodziło mu o gołębie, które można spotkać od Pragi po Lizbonę. Podzielił się też obserwacją, że w Warszawie ptactwo jest nieco inne niż, jak powiada – parkowe w Paryżu czy Londynie. Parki miejskie swą organizacją dyscyplinują zarówno spacerujących ludzi, jak i gromadzące się tam gatunki ptactwa. A w Warszawie – mówił z zachwytem – macie mnóstwo prawdziwych ptaków…

Zacząłem szukać wsparcia w materiałach naukowych znawców awifauny. Pani Dorota Zawadzka w książce „Ptaki żyjące w mieście” (wyd. MULTICO, 2011) podaje, że w Warszawie odnotowano 247 gatunków, w tym lęgi 131 z nich. Z innych źródeł (jest ich zbyt wiele, by wszystkie w tym krótkim tekście wyszczególniać) udaje się ustalić, iż np. w 1990 roku liczebność par lęgowych w mieście mogła osiągnąć ponad 350 tysięcy. A co chyba najciekawsze i jakże optymistyczne – od poprzedniej inwentaryzacji (w 1962 roku) odnotowano 22 nowe gatunki lęgowe i cztery nielęgowe, a wzrost ilościowy zaobserwowano u 14 gatunków. Niestety, odnotowano również straty, co tłumaczy się m.in. pozamiejskim kryzysem populacji poszczególnych gatunków.

Wśród warunków sprzyjających warszawskiej awifaunie fachowcy wymieniają miejskie parki, zadrzewione brzegi Wisły, jeziorka, cmentarze i… działki. Oczywiście – kto choćby raz gościł na obszarze któregokolwiek rodzinnego ogrodu działkowego wie, jakie tam używanie mają ptaki. Krzewy, trawy, drzewa, rozmaitość gatunków flory – to istny ptasi raj. W przeciwieństwie np. do miejskich parków w ogródkach znacznie mniej uporządkowania, a więcej natury. Nawet te działki nieco zaniedbane to wylęgarnia ptactwa. A zmiana, jaka w minionych dekadach nastąpiła na działkach, które z uporządkowanych warzywników zmieniają się w ogródki kwietne, pełne krzewów, traw, drzewek owocowych, sprzyja pomnażaniu gatunków ptactwa i jego liczebności. Różne gatunki z działek wlatują w miasto.

A więc – jeśli dużą część zasługi w ratowaniu i pomnażaniu warszawskich ptaków niosą ogródki działkowe, to czas na pochwałę… seniorów. Bo któż najofiarniej, z uporem, w pocie czoła, ale i z zadowoleniem i satysfakcją tyra na działkach? Emeryci. Oto komu stołeczne ptactwo, zauważone i chwalone przez mego znajomego obieżyświata, zawdzięcza tak wiele.

Spostrzeżenie to dedykuję tym wszystkim, którzy ostatnio kombinują, jak by tu zakręcić prawem, by zawładnąć wieloma hektarami zieleni ogródków działkowych. Podnoszą rękę nie tylko na tych, którym warszawskie ptaki tak wiele zawdzięczają. Chyba nie zdają sobie sprawy, że chcą strzelać do szpaków, kawek, zięb, bogatek… Nie do gołębi, bo te i tak w mieście się utrzymają. Ale gołębie to ma nawet Wenecja.