“Wielu ludzi po pięćdziesiątce myśli już tylko o emeryturze i narzeka, że wszystko ich boli. To błąd, trzeba się zmobilizować. Z życia należy brać jak najwięcej, bo jest fajne” – przekonuje znany aktor Karol Strasburger. I na co dzień z dobrym skutkiem stosuje się do własnych zaleceń. 

Karol Strasburger – wywiad:

Aż trudno mi uwierzyć, że skończył Pan 70 lat. Jak udaje się Panu utrzymywać tak doskonałą formę?

Karol Strasburger: Najważniejsze, żeby samemu nie psuć sobie zdrowia – od dawna mam taką maksymę i konsekwentnie ją stosuję. Nigdy nie paliłem papierosów i nie nadużywałem alkoholu, o narkotykach nie wspomnę. Nigdy też na szczęście nie miałem potrzeby nadmiernego obżerania się i biesiadowania. Lubię jeść, ale w miarę rozsądnie.

Poza tym zawsze podobał mi się sport. Uważam, że to ważny element życia, dzięki któremu czujemy się lepiej fizycznie i psychicznie oraz uczymy się dyscypliny. Zaczynałem od gimnastyki przyrządowej, którą uprawiałem wyczynowo w Legii Warszawa. Potem przyszedł czas na narciarstwo, tenis oraz windsurfing, które są w moim życiu do dziś. Do tego regularnie pływam, jeżdżę na rowerze i gram w hokeja na rolkach. Właściwie uprawiam wszystkie możliwe dyscypliny sportu i temu, jak sądzę, zawdzięczam dobrą formę.

Zaczyna Pan dzień od biegania?

Nie jestem człowiekiem, który zaczyna dzień o szóstej rano od biegania (śmiech). Uprawiam sport, kiedy mam na to czas i ochotę. Niczego sobie nie narzucam, dziś np. nie biegałem, ale jeśli będzie ładna pogoda, w wolnej chwili wsiądę na rower i przejadę 20 kilometrów. A może wieczorem pójdę na basen albo poćwiczę w sali z ciężarkami? Mam dużo możliwości i w zależności od potrzeb zawsze wcisnę trochę sportu w swój rozkład dnia.

Karol Strasburger – początki kariery

Pamiętam jedną z pierwszych Pana ról w filmie „Agent numer 1”. Bardzo zaimponował mi Pan wtedy sprawnością fizyczną…

Byłem wówczas bardziej sportowcem niż aktorem. Z łatwością wykorzystywałem swoją sprawność do celów zawodowych, a aktorstwa dopiero się uczyłem.

W latach 70. i 80. aktorzy zwykle spędzali wieczory w SPATiF-ie, gdzie przy wódce i papierosach dyskutowali o sztuce. Pan też tam bywał?

Oczywiście, ale wpadałem tylko na chwilę, żeby podtrzymywać kontakty z kolegami, którzy siedzieli tam do rana. I nie robiłem tego zbyt często. SPATiF nie był moim ulubionym miejscem. Szczerze powiedziawszy, dusiłem się tam od oparów alkoholu i dymu papierosowego. Oczy mi łzawiły i następnego dnia byłem nieprzytomny. Podziwiałem tych, którzy spędzali tam całe noce, bo mój organizm tego nie wytrzymywał.

Teraz wiele się zmieniło. Młodzi aktorzy, zamiast siedzieć w knajpach, wolą startować w maratonach i biorą udział w triathlonie…

To prawda, aczkolwiek wciąż jest duża grupa ludzi, którzy wolą się spotykać towarzysko. Nasze środowisko trochę się podzieliło. Nie trzymamy się już razem, jak kiedyś. Wielu z nas pracuje poza teatrami i każdy żyje inaczej. Ale jest wielu artystów, nie tylko aktorów, którzy lubią sport i razem aktywnie spędzają czas.

Karol Strasburger hobby

Przed laty w każde wakacje jeździł Pan własnym camperem do Chorwacji. Nadal w ten sposób spędza Pan urlop?

Tak, w czasie ostatnich wakacji wybrałem się tam jak co roku. Taki wyjazd to dla mnie niesamowita dawka energii, która wystarcza mi potem na cały rok. Dzięki temu, że podczas urlopu zawsze dużo pływam, surfuję, jeżdżę na rowerze i korzystam ze słońca, po powrocie do domu czuję się dużo lepiej zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Podobno sam Pan zbudował samochód, którym Pan jeździ.

Tak. Mam w nim wszystko, co potrzebne do życia – łóżko, lodówkę, kuchenkę i wiele innych rzeczy. Swojego pierwszego campera zrobiłem kiedy jeszcze takich samochodów nie można było kupić w Polsce. Zmontowałem go na podwoziu samochodu dostawczego.

Mój drugi wakacyjny wóz jest już większy i zrobiony bardziej profesjonalnie. Praca przy nim zajęła mi prawie dwa lata. Mogłem kupić gotowy, ale zrobienie auta samemu sprawia większą frajdę. Takie hobby. Myślę, że wszystkie tzw. szajby sprawiają, że człowiek się nie nudzi, nie siedzi w domu i nie zastanawia się nad swoim życiem, tylko jest aktywy.

Wybiera się Pan w tym roku na narty?

Oczywiście. Wiele osób narzeka, że brakuje im czasu na wyjazd. Ja nie mam tego problemu. Najpierw planuję termin urlopu, a potem dopasowuję do niego resztę. Jeśli w tym czasie dostaję jakieś propozycje zawodowe, po prostu odmawiam. Wyjazdy narciarskie planuję już we wrześniu. W tym sezonie wybieram się dwukrotnie we włoskie Alpy. Bardzo lubię tam jeździć.

Karol Strasburger – pełen energii

Skąd u Pana ta energia i entuzjazm?

Jestem po prostu przekonany, że z życia należy brać jak najwięcej, bo jest fajne. Ale musimy pamiętać, że ono będzie takie, jak je sobie ułożymy. Niestety wiele osób wcześnie zawiesza rękawice na kołku i rezygnuje z uroków życia.

Często spotykam w „Familiadzie” zawodników po pięćdziesiątce mówiących o sobie jak o starcach, którzy niewiele mają przed sobą. Sami sobie dokładają lat! Często słyszę też od kolegów: „No wiesz, jak na moje lata…” albo: W moim wieku to nie wypada…” A przecież są sprawni i zdrowi. Nie mogę tego pojąć.

Niestety wiele osób dojrzałych nie potrafi cieszyć się życiem.

Niedawno w telewizji pewien 89-letni ksiądz powiedział, że starość czy młodość to sprawa poziomu naszej świadomości i ducha, a nie kalendarza. Miał rację. Stan ducha i nastawienie do życia są bardzo ważne i wiele od nich zależy. Nie powinniśmy się postarzać na własne „życzenie”. Staram się tego nie robić i ciągle mi się wydaje, że mam przed sobą wiele wyzwań. Uważam, że każde dziesięć lat życia to dużo i mnóstwo rzeczy można w tym czasie zrobić. Tymczasem wiele osób po pięćdziesiątce myśli już tylko o emeryturze i narzeka, że wszystko ich boli. To błąd, trzeba się zmobilizować.

Karol Strasburger – sposób na dobrą formę

Jak to robić?

Ja często biorę udział w turniejach tenisowych. To mnie mobilizuje, bo chcę wygrać, zwłaszcza z młodszym rywalem. Nie należy też sobie wbijać do głowy wyimaginowanych chorób, bo gdy w nie uwierzymy, rzeczywiście zacznie nas coś boleć.

Porozmawiajmy o pracy. Jak to się stało, że został Pan aktorem? Przecież zanim zdał Pan na PWST, studiował Pan w szkole morskiej…

Tak pokierował mną los. Wybrałem studia w szkole morskiej, bo trwały krótko i chciałem poznać świat. Poza tym po nich nie musiałem już iść do wojska. W praktyce okazało się, że wszystko wygląda trochę inaczej. To nie była moja bajka.

Od 20 lat oglądamy Pana w „Familiadzie”. Gdzie jeszcze możemy Pana zobaczyć?

Cały czas gram w serialu „Pierwsza miłość” emitowanym w Polsacie oraz w Teatrze Capitol, z którym czasami jeżdżę po Polsce ze spektaklami. Prowadzę też różne uroczystości firmowe.

Czego mogę Panu życzyć?

Zdrowia i dużo życiowego optymizmu. To jest najważniejsze, bo jeśli je mamy, to możemy długo sprawnie funkcjonować. Podobno człowiek może żyć do 120 lat. Niech mi więc Pan tego życzy (śmiech).

Karol Strasburger rozmawiał z Mirosławem Ryglickim

Źródło: Magazyn 60+

 

porady zza lady