W pewien czwartkowy poranek Józef, jak co dzień, ładował towary na swój stary wóz, by zawieźć je do karczmy.

I zapewne nawet przez myśl mu nie przeszło, że za 200 lat jego potomkowie, zupełnie inaczej nazywając swoją pracę, będą robili dokładnie to samo, co on.

Słowa, podobnie jak zawody, które wykonujemy i dzięki którym zarabiamy na życie, podlegają nieustannym zmianom – niektóre znikają, w ich miejsce pojawiają się nowe, część trwa przez stulecia, choć ich znaczenie wciąż ewoluuje. Gdy Józef pojawia się w księgach metrykalnych jednej z podwarszawskich wsi na początku XIX wieku, jest opisywany jako osoba “furmanką się bawiąca”. W innym z kolei dokumencie niejaki Wojciech określany jest mianem człowieka “muzyką się bawiącego”. Oczywiście wcale nie upoważnia nas to do tego, by w postaci Józefa doszukiwać się pierwowzoru Roberta Kubicy, a Wojciecha – np. Piotra Kupichy. Słowo “bawiący się” – w kontekście dokumentu, w którym zostało użyte – oznaczało “trudniący się”. I o ile w zajęciu Wojciecha faktycznie można się doszukiwać pewnych elementów zabawy (działał w szeroko pojętym szołbiznesie, choć zapewne celebrytą nie był), o tyle w przypadku Józefa można śmiało postawić tezę, że po prostu miał małą firmę spedycyjno-przewozową (ewentualnie taksówkowo-kurierską). Woził ludzi i różne towary, a więc można go było również pospolicie zwać wozakiem lub woźnicą. Prawdopodobnie przynajmniej od czasu do czasu obsługiwał swojego sąsiada Macieja, który “z krów się utrzymywał”. Tu jednak miał konkurenta w postaci mleczarza Wawrzyńca, dowożącego mleko pod ustalone adresy w mieście.

Wiele zawodów wykonywanych przez naszych przodków dotrwało do dziś, choć zapewne w zmienionej formie. Gdy czytamy, że pradziad był np. rolnikiem (kmieciem, gospodarzem, zagrodnikiem itd.), pastuchem, parobkiem, piwowarem, urzędnikiem, krawcem, szewcem, wyrobnikiem, ślusarzem, stolarzem, cieślą czy murarzem, wiemy, na czym polegała jego praca. Niektóre zawody znikły już całkowicie z rynku pracy – lub znikają na naszych oczach – ale wciąż jeszcze, dzięki prostej nazwie lub choćby literaturze, rozumiemy znaczenie ich nazw (kowal, bednarz, kołodziej, siodlarz, tkacz, sukiennik, garncarz). Są jednak i takie zawody, które całkowicie odeszły w zapomnienie. Ich ślady odnaleźć jeszcze można w starych dokumentach i wpisach do ksiąg metrykalnych.

Z wielkich miast i małych miasteczek bezpowrotnie znikli już przedstawiciele tak zacnych zawodów, jak słodownik (zwany też mielcarzem, osoba przygotowująca słód do warzenia piwa), konwisarz (odlewnik przedmiotów z cyny, spiżu) czy miecznik (wytwórca broni białej). Również iglarza (wytwórca igieł i szpilek), kotlarza (wytwórca kotłów, rondli itp.), a nawet paśnika (wytwórca pasów) nie uświadczysz. Nie ma już papierników i kartowników (wytwórca kart do gry), piernikarzy (wytwórca pierników), mydlarzy (wytwórca mydła), o szkatulnikach (wytwórca szkatuł) nie wspominając. Kto dziś, będąc przy zdrowych zmysłach, chciałby spotkać na swojej drodze nożownika? A przecież przed wiekami trudno się było bez niego obejść – tyle tylko, że wówczas był on producentem noży, a nie ich specyficznym użytkownikiem. Niektóre określenia dawnych cechów rzemieślników brzmią obecnie niemal jak nazwy tajemnych stowarzyszeń, których członków można by podejrzewać o jakieś dziwne praktyki – jak np. w przypadku cechu pasamoników i szmuklerzy. W rzeczywistości byli oni jedynie poczciwymi wytwórcami tasiemek, wstążek, galonów czy frędzli.

Już tylko w pożółkłych ze starości dokumentach odnajdziemy ślady także po wiejskich rzemieślnikach – kowalach, stelmachach itp. W przeszłość odeszły szlacheckie dwory, rojące się od wszelakiej służby – od guwernerów, lokajów i pokojowych, po stangretów, dziewki kuchenne, mamki, fornali, stajennych, szkotaków czy forysiów. Dzisiejsze zaś wiejskie zajazdy i knajpki są jedynie marną imitacją tego, co oferowali przed wiekami ówcześni karczmarze, zwani szynkarzami lub austeryjnymi. Ich lokale stanowiły prawdziwe, wioskowe centra rozrywki, w których dobrą zabawę zapewniali “gracze karczemni” (czyli muzycy, może tacy jak Wojciech, przygrywający zebranym do tańca). Niesłabnącą popularność wśród okolicznej ludności zawdzięczały one jednak przede wszystkim temu, że oferowały bogactwo trunków, które powszechnie uznawano za niezawodny lek na rozmaite frasunki. A że leki w odpowiedniej ilości trzeba było potrzebującym dostarczyć na czas, przeto w czwartkowy poranek – ładując na swój wóz kolejne butelki – Józef, który “furmanką się bawił”, nie miał czasu na myślenie o niebieskich migdałach.