Kiedy ukończył 60 lat, radykalnie zmienił swoje życie, przenosząc się do Warszawy. I ani na chwilę nie zwolnił tempa – cały czas gra w teatrze, filmach i telewizji. O swoim sposobie na przedłużenie młodości mówi znany aktor Jerzy Schejbal.

Rozmawiał: Mirosław Ryglicki

Jak to się stało, że został Pan aktorem?

W mojej bliskiej rodzinie wprawdzie nie było aktorów, ale w dalszej już tak. Jeden z moich krewniaków Władysław Sheybal grał w teatrze Ateneum, a potem wyemigrował do Wielkiej Brytanii, gdzie wystąpił nawet w jednym z filmów o Bondzie. W rodzinie miałem też innych artystów: muzyków, plastyków, malarzy, fotografików.

Aktorstwo to była moja pasja już od czasów licealnych. Miałem wspaniałą polonistkę, która zabierała nas na spektakle do Krakowa, do Teatru Słowackiego, Starego i Rapsodycznego. Dzięki niej powoli nasiąkałem atmosferą. Występowałem też na różnych akademiach i w szkolnym teatrzyku. W końcu zdecydowałem się zdawać do krakowskiej szkoły aktorskiej.

Jak wyglądały Pana początki na scenie?

Szukałem swojego miejsca w różnych teatrach, bo telewizja wtedy raczkowała, a w Krakowie filmów nie kręcono. Przeniosłem się do Teatru Osterwy w Lublinie, gdzie często graliśmy Tadeusza Różewicza, potem do Poznania, a w końcu do Wrocławia, w którym spędziłem ponad 30 lat. Od kilku lat gram w teatrach warszawskich, obecnie w Polskim.

Zdecydował się Pan na przeprowadzkę do Warszawy już po sześćdziesiątce. Nie bał się Pan zmian?

Każda decyzja obarczona jest ryzykiem, ale jeśli nie ryzykujemy, pojawia się stagnacja i rutyna. Kręcimy się wśród tych samych ludzi i wokół tych samych miejsc. Zwłaszcza dla aktora to jest zabójcze. Wcześniej się do tego nie kwapiłem, choć dostawałem różne propozycje, bo Wrocław dawał mi wiele możliwości rozwoju. Poza tym decydowały względy rodzinne. Kiedy moje córki dorosły i założyły rodziny, pomyślałem, że czas coś zmienić. Ryzyka się nie bałem, bo byłem na tyle rozpoznawalny, że nie musiałem zaczynać wszystkiego od nowa i miałem już propozycję pracy.

Ciągle Pan pracuje?

Nie wyobrażam sobie życia bez pracy! Formalnie jestem już na emeryturze, ale cały czas gram. Nie mógłbym przekopywać grządek i kosić trawnika w ogródku. Wcześniej czy później skończyłoby się to dla mojego zdrowia fatalnie. Aktorstwo napędza mnie fizycznie i konserwuje psychicznie. Dzięki niemu jestem sprawny, interesuję się światem i tym, co się wokół mnie dzieje. Praca daje mi nadzieję, że to jeszcze nie koniec i coś jest przed mną (śmiech).

Praca jest najlepszym sposobem na przedłużenie młodości?

Tak sądzę. Niczego nie robię na siłę. Po prostu dbam o kondycję, dużo chodzę po górach, zimą jeżdżę na nartach, a latem na rowerze. Nie palę też papierosów. Aktywność zawodowa oraz ta w życiu prywatnym pomagają mi utrzymać sprawność fizyczną i intelektualną. Dzięki temu mogę nauczyć się tekstu i wytrzymać 12 godzin dziennie na planie filmowym. Losowi trzeba pomagać.

Zobacz jeszcze: Magdalena Zawadzka: “Trzymam się wysokich lotów” [WYWIAD]

Często można spotkać Pana w górach?

Głównie latem, bo wtedy mam wolne w teatrze i wybieram się na całodniowe wycieczki. To mi daje energię na długie miesiące. Bardzo lubię Tatry, ale latem panuje tam taki tłok, że trudno o moment wyciszenia i spokoju. Może w tym roku uda mi się pochodzić po słowackiej stronie albo wybrać w Alpy? Teraz częściej jeżdżę w Beskidy. Zimą, gdy gram we Wrocławiu i mam trochę wolnego, wsiadam w samochód i jadę choćby na jeden dzień do Świeradowa lub na narty do Zieleńca, gdzie są piękne i bezpieczne stoki. Zwracam na to uwagę, bo ciągle pracuję i nie mogę sobie pozwolić na szaleństwa.

Niedawno zjeździł Pan samochodem prawie całą Europę…

Rzeczywiście przejechałem prawie cały kontynent. Sprawiło mi to mnóstwo frajdy, bo jestem zapalonym kierowcą i lubię takie wycieczki. Nic mnie nie ograniczało, mogłem zatrzymywać się tam, gdzie chciałem i jak długo chciałem. W tym roku pragnę pojechać na południe Europy w kierunku Grecji. Ale aktorzy nie są do końca panami swego czasu, bo kiedy w wakacje przyjdzie nagle propozycja pracy w filmie lub serialu, to rezygnujemy z wypoczynku. Tak właśnie jest z naszym cyklem „Nad rozlewiskiem”, który od kilku lat kręcimy latem na Mazurach.

Miał Pan czas, żeby poznać Mazury?

Trochę mi się udało, bo nakręciliśmy już pięć sezonów. Gdy tylko miałem wolne, robiłem sobie wycieczki. Zobaczyłem najciekawsze miejsca na Warmii i Mazurach. Niestety nie mam patentu żeglarza, więc nie mogłem żeglować, ale wypożyczyłem łódkę i wiosłowałem po kilku jeziorach. Mam nadzieję, że w tym roku nakręcimy kolejną serię, bo dużo osób nas ogląda.

Czytaj także: Film to nie wszystko – wywiad z Olgierdem Łukasiewiczem

Jest Pan już potrójnym dziadkiem. Dużo czasu spędza Pan z wnukami?

Nie jestem typowym dziadkiem, bo dużo pracuję, i to głównie wieczorami w teatrze. Z tego powodu mój kontakt z wnukami jest siłą rzeczy ograniczony. Bardzo żałuję, że nie mogę im poświęcić tyle czasu, ile potrzebują, i nawiązać z nimi silnego kontaktu emocjonalnego. Ale daję z siebie tyle, ile mogę, i mam nadzieję, że kiedyś będą pamiętały dziadka nie tylko z ekranu, ale też z bezpośrednich spotkań.

Gdzie teraz możemy Pana zobaczyć?

Gram w Teatrze Polskim w Warszawie. W telewizji można mnie oglądać w serialu „Pensjonat nad rozlewiskiem” oraz w emitowanej w Canal+ serii „Kruk. Szepty słychać po zmroku”. A co będzie dalej, zobaczymy.
Chciałbym też wystawić własny spektakl i szukam sponsorów. Na razie jestem dobrej myśli, bo toczą się rozmowy, ale dzisiaj  nie chciałbym niczego zdradzać. Pewnie niedługo znów będę na afiszu.

porady zza lady