Na wakacyjnych, polskich drogach jest już obecny od ponad 50 lat. Dostępny dla każdego, bez względu na wiek, wykształcenie czy zasobność portfela.

Autostop – jak żadna inna forma podróżowania – daje poczucie wolności i obietnicę przygody. Nic dziwnego, że od półwiecza wcale nie ma zamiaru wychodzić z mody.

W Polsce autostop pojawił się wraz z odwilżą 1956 r. Zachłyśnięta pewną dozą swobody młodzież poszukiwała nowych wzorców, łapczywie chłonąc wszystko to, co choćby w szczątkowej formie docierało do nas z innego, lepszego, wolnego świata. Na tak podatny grunt trafiła wówczas do nas literatura amerykańskich bitników – przede wszystkim powieść „W drodze” Jacka Kerouaca, czołowego przedstawiciela tego nurtu literackiego, wydana w Polsce w 1957 r. Jazda byle przed siebie, przypadkowo zatrzymanym pojazdem, za darmo i wśród innych podobnych wędrowców – to był nie tylko sposób na tanie i ciekawe podróżowanie, dzięki któremu cały niemal świat stawał przed nami otworem, ale przede wszystkim atrakcyjny styl życia, nierozłącznie związany z wolnością, przygodą, dreszczykiem emocji, poznawaniem wciąż nowych miejsc i ludzi.

Zalegalizowana przygoda

Dzieje polskiego autostopu doczekały się opisania w ciekawym opracowaniu Jakuba Czupryńskiego („Autostop polski. PRL i współczesność”). To dzięki niemu możemy dowiedzieć się, że ogromną rolę dla popularyzacji tej formy podróżowania w naszym kraju odegrali dwaj studenci krakowskiej AGH Bogusław Laitl i Tadeusz Sowa, którzy w 1957 r., po skompletowaniu licznych pozwoleń (władze PRL tępiły włóczęgostwo i podwożenie „na łebka”), wyruszyli autostopem w Polskę. Ich wyprawa wywołała duże zainteresowanie, a prasa młodzieżowa została zasypana listami od osób chcących naśladować dwóch studentów. Władze szybko zorientowały się, że nie warto walczyć z wiatrakami i postanowiły nadać temu spontanicznemu ruchowi ramy instytucjonalne. Już od 1958 r. zaczęto sprzedawać chętnym specjalne książeczki, które upoważniały ich posiadaczy do legalnego podróżowania autostopem po kraju. Aby uzyskać taką książeczkę, trzeba jednak było wykazać, że posiada się określone oszczędności (na noclegi i wyżywienie). W zamian uzyskiwało się natomiast dodatkowo ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków. Aby zachęcić kierowców do zabierania autostopowiczów, organizowano konkursy, w których można było wygrać atrakcyjne nagrody (książeczki zawierały kupony, które zostawiało się kierowcy).

Książeczki okazały się strzałem w dziesiątkę i przez wiele lat – praktycznie do końca lat 70. – cieszyły się ogromną popularnością. Zaledwie kilka lat po „zalegalizowaniu” autostopu powstała doskonała powieść Adama Bahdaja „Podróż za jeden uśmiech”, niemal natychmiast przeniesiona na ekrany telewizorów oraz kin. „Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź. I nie martw się co będzie potem” – śpiewała w tym samym czasie Karin Stanek. Jej piosenka zatytułowana „Autostop” szybko stała się nieformalnym hymnem polskich autostopowiczów.

Z czasem jednak instytucjonalne ramy, w które próbowano wtłoczyć autostop, słabły. Coś, co ze swojej natury jest spontaniczne i nieformalne, nie mogło zbyt długo tkwić w sztywnej, narzuconej konwencji. Choć książeczki sprzedawano jeszcze do 1995 r., to miłośnicy podróży za jeden uśmiech już dużo wcześniej odkryli, że do włóczęgi wcale nie potrzebują żadnych papierów czy urzędowych zachęt. Z czasem też, zwłaszcza po upowszechnieniu się internetu, pojawiły się inne, pokrewne formy podróżowania (np. carpooling, polegający na kojarzeniu ze sobą – w serwisie internetowym – obcych sobie kierowców i pasażerów).

Ruszaj w drogę

Popularność samego autostopu jednak nie spadła – i chyba nigdy nie spadnie. Wciąż jest to doskonały pomysł na ciekawe i niepowtarzalne wakacje, który można polecić każdemu. Recepta na to, by okazały się one udane, jest prosta. Po pierwsze – zawsze trzeba być grzecznym wobec innych. Po drugie – należy zabrać ze sobą w podróż dużą dozę otwartości, optymizmu i humoru. Po trzecie – aby łapanie samochodów było skuteczne i aby nie sterczeć godzinami na szosie niczym drogowskaz, przyda się pomysłowość i fantazja.

Gdy przed laty wraz z kolegą, jeszcze jako nastolatkowie, przemierzaliśmy nasz kraj w poszukiwaniu przygód, mieliśmy swój skuteczny patent na autostop. Chcąc wzbudzić w kierowcach pozytywne emocje i przyjazne skojarzenia, wzięliśmy w podróż nasze mundurki harcerskie, w które wbijaliśmy się za każdym razem, gdy chcieliśmy złapać „okazję”. Dość znaczne różnice w naszym umundurowaniu oraz w naszych fizjonomiach sprawiały, że na pustej drodze wyglądaliśmy jak Filopat i Patafil, a w najlepszym razie – jak maruderzy Wielkiej Armii Napoleona w odwrocie spod Moskwy, ale… To działało! Na szlaku przegrywaliśmy tylko z dziewczynami (kto by się z nimi równał), daleko w tyle zostawiając natomiast smętnych hipisów czy wesołków z gitarami. „Zgubiliście czołówkę?” – słyszeliśmy co i rusz zdjęte litością głosy kierowców. Auta zatrzymywały się, a ich drzwi otwierały się przed nami w geście zaproszenia. Tak zjeździliśmy wówczas pół Polski.

A może teraz, po latach, przyszła kolej na drugie pół kraju? Sprawa nie jest prosta, choćby dlatego, że mundurek się skurczył. Jeśli jednak zapuszczę długą siwą brodę, to kto wie… Przecież siwobrody mężczyzna wcale nie musi być skazany wyłącznie na sanie i renifery.