ABC czytnika, czyli jak sobie radzić z elektronicznym gadżecikiem, który łączy w sobie księgarnię i bibliotekę.

Corocznie, w grudniu, niczym węgorz na Morze Sargassowe, wlokę się i ja na drugi koniec świata dla „dopełnienia obowiązków gatunku”. Czeka mnie tam podobna do węgorzowej nagroda: własne potomstwo. Już dorosłe. A z nim (z nią właściwie) naturalny ciąg dalszy: wnuki, zięć, rodzinne święta Bożego Narodzenia. No i oczywiście św. Mikołaj. Po tamtejszemu: Santa.

Bez skrupułów i szacunku dla mojego senioralnego wieku Santa obdarował mnie tym razem małą, lekką, plastikową tabliczką, opatrzoną kilkoma pstryczkami.

Dostałam CZYTNIK. Elektroniczny gadżecik mogący pomieścić w sobie treści mnóstwa książek, gazet, wszelkiej pisaniny. Wielka biblioteka i księgarnia w jednym. Dla osoby lubiącej czytać, w dodatku często podróżującej – prawdziwa frajda. Waży prawie nic, a dokarmiany kolejnymi tytułami – nie przybiera na wadze. Nie obciąża więc ręki, walizki, nawet torebki. Czcionkę pozwala powiększyć dowolnie, można czytać bez okularów. A internetowe sklepy, sprzedające e-booki, bo tak się nazywają te elektroniczne książki, mają ofertę bogatą, z cenami sporo poniżej księgarnianych. Bywa, że książki, do których prawa autorskie wygasły, klasykę na przykład, dostarczają darmo.

No i zaczęło się!

Jeszcze trzeba było czytnik zarejestrować, by wpisać w komputer, uaktywnić i zakupić pierwsze książki. Progenitura ruszyła z pomocą, ale samo korzystanie z czytnika okazać się miało nie trudniejsze, niż obsługa komórki. Z nieprzebranych zasobów empiku.com wyłuskałam na początek wywiad-rzekę z Jerzym Radziwiłowiczem „Wszystko jest lekko dziwne”. Znakomity aktor wciągnął mnie w swoje wspomnienia, zaciekawił przemyśleniami. I z powodzeniem zainspirował do nieoczekiwanych, noworocznych postanowień.

Ale o tym potem…