Mój kolega, z którym “prycza w pryczę” pracowaliśmy razem przez lata w kolejnych redakcjach, a z którym korespondowałam sobie mailowo, gdy przeszłam na wcześniejszą emeryturę, namawiał mnie do założenia bloga… 

Namawiał, bo twierdził, iż szkoda, aby moje zabawne uwagi i spostrzeżenia odnoszące się do życia w Ojczyźnie, którą kochać trzeba i szanować, ginęły w Jego skrzynce. Opierałam się jakiś czas, co jako kobieta mam we krwi, nie miałam apetytu na wiwisekcję. Kiedyś obiecałam też sobie, że nie będę pisać za darmo. Ale któregoś dnia, w przypływie weny, napisałam pierwszy tekst i – założyłam bloga.

Był lipiec 2009 r. Wcześniej przeczytałam w “Newsweeku”, w jednym z czerwcowych wydań, że “blogi internetowe wchodzą w wiek dojrzały, ale przetrwają, jeśli znajdą sobie specjalistyczną niszę. Jeśli jej nie znajdą, skarłowacieją lub znikną całkowicie”.

Oto stoję przed wielką próbą – pomyślałam, zakładając bloga o nazwie “Magazyn zbędnych słów”, od razu wchodząc w jego wiek dojrzały… I albo skarłowacieję, jak bonsai, albo zniknę, jak sen jaki złoty… Albo znajdę sobie specjalistyczną niszę… Oto, Panie, jest wyzwanie… A my, Słowianie, nie tylko sielanki lubim…

Niszę znalazłam… I choć owa nisza to nie zawsze jest cisza, jestem bardzo z niej zadowolona… A za ciszą nie przepadam… Bo mnie rozprasza… Kocham dźwięki…

Przeczytałam wtedy też, że średnio co dwie sekundy powstaje na świecie nowy blog. Imaginują Państwo sobie? Co dwie sekundy. Proszę, wpasowałam się w tę częstotliwość… Pisać każdy może… Dziennikarka tym bardziej. Według danych, które cytował autor tekstu, Paweł Rabij, pochodzących z raportu Universal McCann z marca 2008 r., liczba założonych blogów wynosiła wtedy 185 milionów (w tym trzy miliony polskojęzycznych). I tak w dwie sekundy zostałam tą z miliona jedną, którą byś przeczytać chciał… Jak mnie znajdziesz w sieci… Państwo będą mieli tę szansę podaną jak na talerzu… Zapraszam…

Ile jest teraz blogów? Tego już nie śledzę. Ale bloga pisze podobno już co piąty internauta. “Blogosfera stała się produktem masowym i tanim. A co tanie, to zwykle i podłej jakości”. I to jest najprawdziwsza prawda. Większość blogów, zdaniem amerykańskiego publicysty Nicolasa Carra, ale i moim też, to śmietnik niewart uwagi, zbiór grafomańskich elaboratów, pełnych złego smaku. Jakość ustąpiła miejsce ilości. Ale widzę, że sporo blogów, powstałych w efekcie słomianego zapału, ubywa. Czyli niby są, a jakby ich nie było…

Komentarze w polskim internecie są podobno najbardziej agresywne w Europie. Dlatego zakładając bloga, trzeba się liczyć z tym, że jedni będą nas (rzadko) głaskać po głowie, drudzy zaś poddawać pracy swoich ślinianek. Czasami bardzo intensywnej. Jesteśmy bowiem (oraz niestety) narodem, który nie umie ze sobą rozmawiać. Albo się tej trudnej sztuki nauczymy, albo kłótnia wpisana zostanie w godło Najjaśniejszej, zaraz obok korony…

Nie znaczy to oczywiście, że zniechęcam kogokolwiek do założenia bloga. Tylko informuję i ostrzegam. Osoba nadwrażliwa, która będzie rzecz rozważać, ma do wyboru: nabrać dystansu i nie przejmować się także chamskimi komentarzami, albo jednak bloga nie zakładać. Bo może sobie obniżyć poziom jakości życia…

Blog założyłam w Onecie. Moje teksty często były wyciągane na główną stronę portalu, dzięki czemu przybywało mi Czytelników, jak bocianów po zimie. Pół roku temu odnotowałam ponad milion wejść. Ale ponieważ zależało mi na bardziej wysublimowanych Odbiorcach (jak to powiedział kiedyś Konrad Adenauer: wszyscy żyjemy pod tym samym niebem, ale nie wszyscy mamy te same horyzonty), zdecydowałam się na pisanie felietonów w takiej formie, która sprawi, że tacy niepożądani Czytelnicy odpadną. Jak liście z drzew… Albowiem to, co dla kogoś bez horyzontów jest bełkotem, dla kogoś innego może być ciekawym felietonem… I tak sama siebie skazałam na pewną niszowość… Wykrakaną przez Amerykanów.

Summa summarum – jestem bardzo zadowolona z tego, co mam. Z tego, że do mojego, par excellence, luksusowego “Magazynu zbędnych słów”, przychodzą ludzie, którzy lubią styl kuzynki… Lubią też poczucie humoru i optykę widzenia świata tej krewnej. Kuzynki dla tych, którzy chcą wejść w takie relacje z autorką bloga. A nie dla wszystkich. I choć przeniosłam swój magazyn do innego portalu, bo mnie tam zaproszono, do Wirtualnej Polski – to tak, jak byłam butikiem, tak nim pozostałam, nie przekształcając się w supermarket.

Mam grono swoich stałych komentatorów, jest wśród nich prawnik, jest historyk, pedagog i lekarz. Ludzie jak najbardziej czynni zawodowo. Jest studentka… Są osoby na emeryturach też… Bo blog jest adresowany do Czytelnika w różnym wieku. Byle myślącego… I zawsze mile widziani są nowi komentatorzy. Pod warunkiem że ich posty nie są prostackie (takie usuwam) i widać w nich jakieś procesy myślowe. Usuwam, albowiem mój blog ma tylko jedną cenzurę – obyczajową. Chamstwo nie ma na nim czego szukać…

Kisiel mawiał: “Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”. A kuzynkanetka, właścicielka “Magazynu zbędnych słów”, na własnej blogowej skórze to testując, może dzisiaj powiedzieć, że to święta prowda… Pierwsza z Tischnerowskich prawd, a i druga – tyż prowda. Na pewno natomiast nie ta trzecia, czyli gówno prowda…