“Barcelona, mi amor”, chcę krzyknąć w zachwycie, stojąc w najwyższym punkcie wzgórza Tibidabo.

Nade mną betonowy Chrystus rozpościera ramiona w geście znanym z brazylijskiego Rio. Przyklejam plecy do zimnej ściany.

Dziwne uczucie stać tak wysoko, mając przed sobą może tylko pół metra do niskiej bariery otaczającej wieżę bazyliki.  Nie mam odwagi zrobić kroku. Stoję jak sparaliżowana. Ale i z tego miejsca widok jest zachwycający. Miasto prezentuje się w całej okazałości, z budowlami szalonego wizjonera, kostkami kamienic ułożonych w misterny wzór, wieżami kościołów, żurawiami dźwigów w porcie, piaszczystymi plażami i błękitnym morzem. I jeszcze wokół zielone wzgórza. Jak nie zakochać się w takim mieście? Co gorsza, tu właśnie wpadłam w szpony uzależnienia. Uzależnienia od Barcelony.

Jest coś w atmosferze miasta, w jego zaułkach,  mieszkańcach, klimatycznych knajpkach, a może w szumie fal, zapachu morza, czy chłodnym wietrze, że chce się tu wracać. I wracam, od kilku lat, chociaż na chwilę, przelotem nawet, aby zajrzeć do ulubionej kafejki, pospacerować znanymi ulicami, nacieszyć oczy fascynującymi obrazami.

Zawsze tu będąc, skręcam w ciasną zabudowę dzielnicy gotyckiej, gdzie jedna uliczka podobna jest do drugiej, gdzie łatwo zabłądzić i po jakimś czasie skonstatować, że już tu byliśmy, lub że otwiera się przed nami nie ten plac, a kościół tuż obok, to nie katedra, w kierunku której zmierzamy. Jednak warto się zatrzymać. Wzrok biegnie ku ogromnej, pięknej rozecie, która to – ze swymi 10 metrami średnicy – może konkurować wielkością z tą z paryskiej Notre Dame. Nieproporcjonalnie duża w stosunku do wielkości fasady. To kościół Santa Maria del Pi (Matki Boskiej Sosnowej). Skromny z zewnątrz, jak większość kościołów katalońskiego gotyku. Skromny wewnątrz, jednonawowy. Częste pożary zniszczyły średniowieczne wyposażenie. Zniszczyły także witraże. Wszystkie, łącznie z rozetą, zostały pieczołowicie odtworzone i przez nie dziś sączy się kolorowe światło do ascetycznego wnętrza.

Znów jesteśmy w labiryncie wąskich kamiennych ulic, wypolerowanych milionami stóp, zmierzających tędy przez wieki w kierunku katedry. Nawet nie wiemy, że ocieramy się o jej ściany, tak wtopiona jest w ciasną średniowieczną zabudowę. Najpierw zauważamy rzygacze, o kształtach wcale nie maszkaronów, lecz dobrze nam znanych zwierząt. Dochodzimy do końca ściany i odsłania się przed nami ogromny plac. Stoimy przed katedrą. Nie jesteśmy sami. Na katedralnych schodach rozsiadła się cała orkiestra. Pełne instrumentarium. Jest i dyrygent. Muzyka dźwięczy w uszach, nogi rwą się do tańca. Starzy i młodzi, biorą się za ramiona, tworzą kręgi i wirują w takt wygrywanej melodii. Tryskają radością. Dziadkowie z młodymi dziewczynami, babcie z młodzieńcami, wiek się nie liczy. Wszyscy się bawią. Przecież jesteśmy w Barcelonie…

W XIX wieku uznano, że fasada katedry jest zbyt skromna i dobudowano nową w stylu neogotyckim. Robi wrażenie swoją ozdobnością, ale czy pasuje do reszty budowli?  Do wspaniałego gotyckiego wnętrza i do tajemniczego miejsca, które najbardziej zaskakuje i zachwyca…

Aby tam trafić trzeba kupić bilet wstępu za 5 euro, wejść do kościoła, ominąć kolumny rozdzielające nawę główną od bocznej i poszukać otwartych wrót. Już tylko kilka kroków i jesteśmy w krużgankach otaczających bajeczny ogród, z bujną roślinnością, palmami, pomarańczowymi drzewami, kolorowymi kwiatami. Do naszych uszu dochodzi donośne gęganie. Tak głośne są białe gęsi zamieszkujące przykatedralny ogród, taplające się w stawie, domagające się poczęstunku od turystów. Jest ich 13 i symbolizują czystość św. Eulalii, trzynastoletniej męczennicy, patronki katedry.  Gęsi są tu obecne od ponad pięciu wieków, a ponoć raz w roku, 12 lutego, w święto patronki, wpuszczane są do katedry. Warto zostać tu dłużej i chwycić w obiektyw fenomenalne światło końca dnia, przebijające się przez gotyckie maswerki.

Kto czytał “Katedrę w Barcelonie” Ildefonso Falkonesa ten wie, że powieść wcale nie traktuje o jej budowie. Akcja toczy się wokół wznoszenia bazyliki Santa Maria del Mar, kościoła żeglarzy i handlowców. To oni wzięli na siebie ciężar sfinansowania świątyni i może dlatego zbudowano ją stosunkowo szybko. To skąd tytuł książki? Może stąd, że kościół Santa Maria del Mar nazywany jest także “katedrą La Ribera”.

Aby tam dotrzeć, trzeba opuścić Barri Gotik i przejść do dzielnicy La Ribera, kilka ulic w kierunku morza. Stoi wciśnięta między ciasną zabudowę. Prostota bryły świątyni może spowodować, że przejdziemy tuż obok i nie wejdziemy do środka. Nic nie zapowiada ogromnej przestrzeni i smukłości wnętrza. Mimo iż kościół jest trójnawowy, mamy wrażenie, ze jesteśmy w ogromnej hali. Dwie boczne nawy są podobnej wysokości co nawa główna. Proste, strzeliste, ośmioboczne filary, dźwigają sklepienie, tworząc niepowtarzalny rytm. Wpadające przez witraże i rozetę światło potęguje wrażenie niesamowitej lekkości wnętrza. To najpiękniejszy gotycki kościół w stolicy Katalonii. Uwielbiam to miejsce…  Uwielbiam Barcelonę…