Zwiedziłeś pół świata, spenetrowałeś każdy zakątek Europy, opalałeś swoje wdzięki na Malediwach lub na Bali? To wszystko nic nie znaczy.

Jeśli nie zaliczyłeś w PRL-u choćby jednego turnusu z Funduszem Wczasów Pracowniczych, to nie wiesz nic o sztuce wakacyjnego wypoczywania.

Ponieważ władza ludowa zawsze troszczyła się o ludzi pracy – o ludzi uporczywie uchylających się od pracy zresztą też, ale inaczej – starała się zaspokoić ich potrzeby praktycznie w każdej dziedzinie życia. Dlatego już w 1949 r. powstał Fundusz Wczasów Pracowniczych, instytucja podlegająca związkom zawodowym, której zadaniem było „zabezpieczenie pracowników na odcinku wypoczynek”. Mogła ona śmiało podołać temu zadaniu, dysponując dziesiątkami tysięcy miejsc wczasowych o zróżnicowanym standardzie w ponad 100 najatrakcyjniejszych pod względem turystycznym polskich miejscowościach – od Bałtyku, po Tatry. Oferta FWP była dość bogata. Obejmowała ona zarówno wczasy standardowe, rodzinne czy wędrowne, jak i lecznicze, sanatoryjne itp. Pomyślano nawet o specjalnej propozycji dla pracowników z małych miast i wsi, którzy mogli wybrać się np. na tygodniowe wczasy miejskie w Warszawie.

O ile dziś wczasy się kupuje, o tyle w PRL trzeba je było załatwić. Z samym wykupieniem skierowania na wczasy raczej nie było problemu, gdyż były one tanie (cena zależała od wysokości pensji pracownika). Kłopot pojawiał się wówczas – a pojawiał się często – gdy chętnych było więcej niż miejsc. Skierowania rozdzielała rada zakładowa, z którą jednak z reguły jakoś dało się dogadać i znaleźć coś dla siebie (jak nie teraz, to później; jak nie w góry, to nad jeziora).

Mając skierowanie w ręku, można już było bez opamiętania czerpać pełnymi garściami z bogatego skarbca polskiej turystyki: wsłuchiwać się w tupot białych mew, pozować do zdjęć z białym misiem lub – w ślad za inżynierem Mamoniem z „Rejsu” Marka Piwowskiego – podziwiać uroki drogi na Ostrołękę (w ofercie były też tygodniowe wczasy krajoznawcze statkiem po Wiśle). O wiele ważniejsze jednak było to, że wczasy z FWP gwarantowały dużą porcję jedynej w swoim rodzaju, kolektywnie przeżywanej rozrywki. Nad nadaniem jej odpowiedniej formy czuwał „kaowiec” do spółki z wybraną przez kolektyw wczasowiczów radą turnusu, organizując konkursy, zawody, występy, a przede wszystkim – wieczorki zapoznawcze i taneczne. „Na parkiecie szum, wczasowiczów tłum spleciony gęsto” – śpiewał Wojciech Młynarski, którego piosenka „Jesteśmy na wczasach” stała się nieformalnym hymnem turystyki kolektywnej.

Ludzie przybywający na wczasy z rozmaitych zakątków kraju, z różnych środowisk, z odmiennymi doświadczeniami, wykształceniem itd., na tydzień lub dwa stawali się elementami jednego kolektywu. Pogoda zła lub dobra, niedogotowane ziemniaki na stołówce, „głupi kaowiec” – to były tematy, które przez ten magiczny czas wypoczynku rozgrzewały zbiorową wyobraźnię wczasowiczów. Tworzyły się więzi, przyjaźnie i niechęci, pojawiały się flirty i wakacyjne romanse… Formowała się turnusowa grupa, w której zawsze musiał być i samiec alfa, i wesołek, i fajtłapa. No i panna Krysia. Panna Krysia, która „królowała na turnusach nie od dzisiaj”. Bo przecież „kuracjuszy rozmarzony wzrok śledził wciąż jej każdy gest i krok”. Jakiż wspaniały bagaż doświadczeń i wspomnień z tak spędzonego urlopu każdy przywoził ze sobą do domu.

Wczasy z FWP w starym stylu odchodziły w przeszłość powoli. Najpierw pojawiły się ośrodki wczasowe resortowe i poszczególnych zakładów pracy, potem rozwój motoryzacji i otwieranie się PRL na świat zewnętrzny spowodował rosnące zainteresowanie Polaków indywidualnymi formami wypoczynku oraz turystyką zagraniczną. Przemiany ustrojowe w naszym kraju spotęgowały ten proces. Dziś szyld FWP należy do jednej spośród wielu firm, które konkurują ze sobą na rynku turystycznym. Część dawnych ośrodków odeszła w niebyt, część zmieniła właściciela, część działa nadal, w zmienionych już jednak warunkach. Są tu zapewne liczne atrakcje, ciekawa oferta, dobre warunki. Ale jednego nie znajdziemy już nigdzie – niepowtarzalnej atmosfery, charakterystycznej dla „zbiorowego wysiłku wczasowego”. I tylko we wspomnieniach – bo miewamy często głupie wspomnienia – wciąż brzmi: „Dla sympatycznej panny Krysi z turnusu trzeciego od sympatycznego, niewątpliwie…”…