Popularna aktorka Teresa Lipowska świętuje w tym roku dwie wspaniałe rocznice – 80. urodziny i 60-lecie pracy artystycznej. To dobra okazja do szczerej rozmowy.

Teresa Lipowska to popularna, serialowa Barbara Mostowiak.

Jakie rady ma dla naszych Czytelników? Zapraszamy do przeczytania wywiadu:

Właśnie ukazała się Pani autobiografia „Nad rodzinnym albumem”, a właściwie wywiad-rzeka z Iloną Łepkowską, pierwszą scenarzystką „M jak miłość”. Świetna książka!

Podobała się Pani? Nie znudziła?

Przeczytałam jednym tchem.

Od dawna namawiano mnie na napisanie autobiografii, teraz jest zresztą taka moda, wszyscy to robią. Ale ja uparcie twierdziłam, że w moim życiu nie było nic specjalnie ciekawego do opisywania. Dopiero na 60-lecie się zgodziłam, pod warunkiem że właśnie z Ilonką zrobimy tę książkę. To ona wymyśliła, że to będą takie nasze rozmowy przy herbacie. No i znakomicie wszystko zredagowała.

Teresa Lipowska szczerze o sobie

Opowiada Pani o sobie szczerze, bezpośrednio. Choćby o trudnych początkach, braku pieniędzy. Nie ma fajerwerków, jest za to dużo prawdziwego życia. Również spraw smutnych, dramatycznych.

Pewna znajoma powiedziała mi po przeczytaniu: „Ani żadnego skandalu, ani pięciu kochanków, a tak mnie wciągnęło” (śmiech). Co do fajerwerków – dzisiaj faktycznie jakoś inaczej się żyje. Jeśli już na starcie nie masz za sobą bogactwa, willi pod Warszawą, to właściwie jesteś nikim. Ja zaczynałam dorosłe życie od zera. Przeżyłam i śmierć najbliższych osób, i choroby, i rozstania… Gdy opisywałam to w książce, miałam mnóstwo wątpliwości, ciągle mi się zdawało, że coś mówię niepotrzebnie, może zbyt osobiście. Ale pomyślałam, że skoro mam opowiedzieć o sobie, to po co słodzić? To już lepiej nic nie mówić. Więc nie ma tam żadnych kłamstw, żadnego wymyślania. Z czym nie chciałam się dzielić, to przemilczałam. Cieszę się, bo chyba udało mi się pokazać, że życie aktorki nie polega na tym, że ona zawsze błyszczy i zawodowo, i prywatnie. Że to życie można opowiedzieć zwyczajnie: „Słuchajcie, bywało różnie, raz dobrze, raz gorzej”.

Teresa Lipowska o aktorstwie

O swoim zawodzie, który jest przecież bardzo atrakcyjny, też mówi Pani tak, jakby to była profesja jak każda inna, a nie życie gwiazdy.

Słowo „gwiazda” do mnie zupełnie nie pasuje. Gwiazda to często ktoś, kto błysnął – dwie, trzy wspaniałe role, a potem wszyscy się zastanawiają: „Co ona właściwie jeszcze zagrała, gdzie ona teraz jest, co robi?”. Gwiazdy spadają. Ja jestem po prostu  rzetelną aktorką. Przez 60 lat wydeptałam wszystkie możliwe ścieżki zawodowe. Był teatr, film, estrada, kabaret, radio, dubbing, audiobooki. Spróbowałam wszystkiego. Grałam i kapustę, i Balladynę. Dla mnie to nie jest kariera, tylko spełnione życie zawodowe. No i miałam szczęście, że na koniec dostałam rolę, dzięki której nagle stałam się niezwykle popularna.

Chyba nie tylko szczęściu Pani tę rolę zawdzięcza?

Przede wszystkim szczęściu! Jak inaczej nazwać to, że przypadkiem spotkałam reżysera Rysia Zatorskiego, który mnie zaprosił na casting do „M jak miłość”? To jest właśnie łut szczęścia, który często decyduje o naszym życiu. Stoi grupa wspaniałych aktorek, ale dobry los wskazuje tę jedną. Czy te pozostałe były brzydsze, mniej zdolne? Niekoniecznie. Nigdy jako aktorka nie czułam się najzdolniejsza, najładniejsza, najmądrzejsza, żadna „naj”. Oczywiście można mówić, że to zrządzenie boskie, ale jakby Bóg miał każdego wybrańca wskazywać palcem, mógłby nie dać sobie z tym rady. Ja jestem wierząca i nawet praktykująca, przy różnych okazjach mówię: „Dziękuję Ci, Panie Boże”. Ale czy on mnie jednej tak uważnie słucha?

Coś dostajemy od losu, ale to od nas zależy, co z tym zrobimy?

Tak, trzeba nad swoim szczęściem czuwać. Jeżeli coś się dla nas zaczyna, otwierają się jakieś drzwi, to należy umieć temu pomóc. No i trzeba mieć bazę, tę iskrę bożą. Każdy ma jakiś talent. Ja akurat umiem grać.

Teresa LipowskaKacper Kuszewski, Teresa Lipowska i Witold Pyrkosz

Teresa Lipowska, a Barbara Mostowiak

Potrafi też Pani patrzeć na rzeczywistość z optymizmem. To pozytywne nastawienie się wyczuwa. Przekazała je Pani Barbarze, swojej bohaterce?

Rzeczywiście, w postaci Barbary dużo jest mnie samej. To kobieta kochająca dom, rodzinę, przyrodę, otwarta na ludzi, na męża. Na pewno dałam jej ciepło, które mam w sobie. Wiele osób mnie z tą rolą po prostu utożsamia. To jest bardzo miłe, te uśmiechy, kiedy spotykam ludzi. Choć zdarzają się zbyt aktywni wielbiciele. Jeden pan, wykrzykując radośnie: „Pani Basia, pani Basia!”, prawie zrzucił mnie z roweru. Tego to już nie lubię.

A co Pani zawdzięcza Barbarze Mostowiak?

Dostaję wiele listów od kobiet. Piszą, że z mężem już się im nie zdarzało, tak jak Basi z Lucjanem, wypić po kieliszeczku nalewki, przytulić się, wziąć za rękę, powiedzieć: „Kocham cię”. I nagle pod wpływem Barbary się na to odważyły. I pisze pani, że mąż się wzruszył, a potem kupił jej batonik. To są wspaniałe chwile, gdy się okazuje, że aktor może coś naprawdę pozytywnego przekazać. No i dzięki tej roli, po 60 latach wciąż jestem obecna, gram. Nie ma co udawać, że to nie jest ważne. Wiele moich koleżanek od lat nie ma pracy, jest na lichutkich emeryturach. A na stare lata trudno robić coś innego. Ja przecież nic praktycznego nie umiem! Mogłabym najwyżej opiekować się dziećmi albo pracować w sklepie, pod warunkiem że nauczyłabym się obsługiwać kasę. Więc to mógłby być wielki problem, gdybym nie miała w czym grać. A dzięki serialowi jestem niezależna. Stać mnie np. na to, żeby raz, dwa razy w roku pojechać do sanatorium, do Buska, żeby sobie poprawić kości, albo do mojego ukochanego Augustowa, gdzie są wspaniałe borowiny na stawy. Dzięki temu mogę też wiele rzeczy robić charytatywnie, z potrzeby serca.

Teresa Lipowska charytatywnie

Bardzo się Pani w tej dziedzinie udziela. „Cała Polska czyta dzieciom”, Towarzystwo Przyjaciół Szkołom, Towarzystwo Onkologiczne, Fundacja „Alivia” dla młodych osób dotkniętych przez nowotwór – od lat wspiera Pani szlachetne przedsięwzięcia.

Cały czas gdzieś się chodzi, coś się robi. Wciąż jestem zapraszana do szkół, bibliotek, szpitali. Także na spotkania ze starszymi osobami. I chcę przy okazji powiedzieć, że poznaję ludzi w dojrzałym wieku, którzy robią fantastyczną rzecz: spotykają się, żeby wspólnie spędzać czas, np. w klubach seniora. Umawiają się na brydża, wycieczkę, nordic walking, wspólne gotowanie. Chodzą na organizowane tam spotkania z lekarzami, psychologami, pisarzami. Bo chcą się czegoś nowego dowiedzieć. Są też uniwersytety trzeciego wieku, nie tylko w dużych miastach, ale też małych. Czy wie Pani, że tam nie ma miejsc, czeka się w kolejce, żeby się zapisać! To jest bardzo budujące, że ludzie tak się mobilizują. Bo życie na etapie „odchodzenia z młodości” bywa niewesołe z różnych powodów: zdrowotnych, finansowych, rodzinnych. Zorganizowanej pomocy ze strony państwa jest niewiele. I jak tego wsparcia nie ma znikąd, to ręce opadają. Więc czasem jadę gdzieś daleko, żeby podtrzymać ten ich zapał, optymizm, powiedzieć im, że warto.

Teresa Lipowska radzi, jak nie dać się starości

Najważniejsze to na stare lata nie zamykać się w czterech ścianach, tylko wyjść do ludzi. Wstać z tego fotela, nie snuć się po domu w powyciąganych portkach i rozklapanych kapciach. Jeżeli nie ma pomocy, to samemu trzeba się ogarnąć. A najlepiej w towarzystwie! Mieć tych kilkoro przyjaciół, dzwonić do siebie, nawzajem się mobilizować. Wyciągać jedno drugie do kina, na lody czy kawę.

Panią te problemy omijają, żyje Pani na pełnych obrotach. I świetnie Pani wygląda! Ma Pani jakiś tajemniczy sposób na dobrą formę?

Po pierwsze rower – zawsze czeka w bramie. Wsiadam, jadę do lasu, dookoła przyroda, którą kocham, ludzie się uśmiechają. Myję się często (śmiech). To dla mnie bardzo ważne. Wczoraj przyszłam do domu po 13 godzinach zdjęć na planie, na otwartym powietrzu, w upale. Wszyscy oczywiście byli bardzo troskliwi („Tereniu, może wody, może krzesełko”). Ale kiedy weszłam do mieszkania, to natychmiast się rozebrałam, weszłam pod prysznic i stałam pod wodą, aż wszystko ze mnie spłynęło, zeszło. A potem nogi do góry i za półtorej godziny byłam jak nowonarodzona!

A samotność Pani nie dokucza? Mąż, z którym była Pani tak związana, odszedł 11 lat temu.

Nikt nie mógłby zająć miejsca mojego męża. Myśmy się docierali przez tyle lat, osiągnęliśmy więź, której nic nie zastąpi. Ale jakoś sobie zorganizowałam życie. Mam rodzinę, z którą jestem w bardzo dobrych stosunkach i w stałym kontakcie. To dziś rzadkość. Wiele moich koleżanek czeka tygodniami, żeby się któreś z dzieci odezwało. Pytam o święta, mówią: „Oni lecą na Seszele”, „Syn jedzie z żoną do jej rodziny”. Więc te bliskie relacje to też jest mój sukces. Ale gdy jestem sama, to też się nie nudzę. Poczytam, porozmawiam z mężem, którego zdjęcie stoi na telewizorze. Pojadę rowerem do lasu, a jak pogoda jest byle jaka czy coś mnie boli, to biorę sobie pierwszy lepszy album ze zdjęciami i oglądam. Bo ja mam kilkadziesiąt albumów, tysiące fotografii. Oglądam i myślę sobie, że przeżyłam to życie tak fajnie, że teraz jest co wspominać.

Teresa Lipowska rozmawiała z Magdaleną Bauman

Czytaj także:

porady zza lady