Spędziłem kilka dni w szpitalu. Naprawdę kilka – raptem dziesięć. Wystarczyło, by zebrać nieco obserwacji. Niby nudno w takim miejscu, a przecież dzieje się, oj dzieje…

***

Z Panem Menelem minęliśmy się w drzwiach. Niemal dosłownie. Wchodziłem pierwszy raz do sali w momencie, w którym on, w towarzystwie kolegi, żegnał się z pozostającymi w niej pacjentami.

Pan Menel trafił na oddział po wypadku. Gdy go przywieziono, miał ponoć we krwi 4 promile alkoholu. Kolega, oddany przyjaciel, towarzyszył mu w szpitalu non stop (rozstawali się tylko wieczorami), dokładając starań, aby ów poziom nadto nie spadł: rano wracał z flaszką lub dwoma, a także (jak wiadomo, wódka lubi dym) z zapasem papierosów. Pili i palili w należącej do sali łazience.

Pan Menel podchodził do życia z dystansem. Nie bał się na przykład, że zostanie wyrzucony na – nomen omen – zbitą twarz. Podobno nie wolno. Tak mówił i – trwał… Nie był też szczególnie wymagający. Nawet na kartę pobytu w szpitalu nie poczekał, obiecał, że kiedyś po nią wpadnie, bo ma niedaleko…

***

– To się zaczęło, panie Marku, od tego, że usiadłem na okularach. Połamały się, musiałem kupić nowe. Optyk bada mi wzrok i mówi, że powinienem pójść do okulisty, bo coś jest nie tak, a on nie wie co. Bez przekonania, ale poszedłem. A okulista po krótkim badaniu powiada, że jemu też coś się nie podoba, że najlepiej by było, gdybym poszedł do neurologa. Zaniepokoił mnie, poszedłem. Lekarz stwierdził, że mam tętniaka. No i stąd ta szybka operacja. I wie pan – w jej trakcie okazało się, że miałem w sumie trzy tętniaki… Diabli wzięli oprawki, ale mnie nie wzięli…

szpital-narkoza

***

Pan Marian codziennie wybierał się do Bułgarii. Albo się nie wybierał.

Pan Marian, człowiek starszy, był postacią tragiczną, a nawet jeśli nie, to na pewno miał cholernego pecha. Kilka dni po powrocie ze szpitala po operacji nerek zachciało mu się wyjść z domu – ot, kilka kroków – po gazety. Traf chciał, że o tej samej porze dozorca postanowił umyć klatkę schodową. A że nie spłukał detergentu, że nie osuszył posadzki, pan Marian, wysiadając z windy, poślizgnął się i niczym saneczkarz zjechał po betonowych schodach, rozrywając sobie pooperacyjną ranę, niemiłosiernie tłukąc żebra i nabijając na głowie gigantycznego guza.

Na oddział trafił w stanie mocno opłakanym, ale pełen wiary w rychły powrót do formy. – Za trzy tygodnie jadę do Bułgarii – oznajmił. – Do tego czasu muszę być zdrów jak ryba! Po kilkunastu minutach stracił wigor i rzucił zrezygnowany, że chyba jednak nie pojedzie: – No bo pewnie się nie zagoi, a z takimi żebrami nie dam rady – mamrotał. Ale nie minęły dwa kwadranse, i znów już-już się pakował: – Panooowie! Do plaży bliziutko, dojdę. I będę sobie leżał.

I tak, doprowadzając nas do szału, zmieniał Pan Marian zdanie mniej więcej co pół godziny.
Piątego dnia zaczęliśmy mu odradzać ten wyjazd. – Przy pana pechu – powiedział ktoś – lepiej nie jechać… – Prawda – dodał ktoś inny. – Może pan na jeżowca nadepnąć…
– Jeżozwierza – poprawił pan Marian. – Wiem, wiem, widziałem, jak taki sukinkot potrafi ugryźć… Ale co tam, jadę! Albo nie, zobaczę…

Nie ulega wątpliwości, że był w swej niekonsekwencji wyjątkowo konsekwentny…

***

– Pamięta pan wybudzenie z narkozy? Naprawdę pan pamięta? Ja nic a nic! Przysięgam panu, panie Marku – kompletnie niczego nie pamiętam. Wiem tylko od pielęgniarek, że kiedy po pięciu godzinach operacji otworzyłem oczy, podobno całkiem przytomnie i stanowczo powiedziałem: „Odpier… się wreszcie wszyscy ode mnie!”. Siostrzyczki mówiły też, że widząc powagę, z jaką nieoczekiwanie przemówiłem, mało nie umarły ze śmiechu…

***

– Pan miał operowany kręgosłup? Tak myślałam, bo tak pan sztywno chodzi. Mąż kiedyś przeszedł to samo, więc wiem, jak człowiek potem wygląda. Dawno pana operowali? Pięć dni temu? No to dawno…

Ale wie pan, teraz też musi pan bardzo uważać. Mąż albo za wcześnie wstał, albo za dużo chodził, albo mu coś zrobili nie tak, w każdym razie – odprowadzał córkę do windy, córka wsiadła, zjechała na dół, a w tym czasie on też, tak jak stał, zjechał. Upadł na posadzkę. Widział pan kiedyś na filmie zawalającą się kamienicę? No to on się właśnie tak zawalił, jak kamienica po wybuchu, w pionie… Złożył się w harmonijkę, można powiedzieć. Całkiem stracił czucie w rękach i nogach, bo uszkodziło mu się coś w miejscu operacji, między kręgami. Dlatego tak poleciał… Na szczęście go nareperowali: chodzi, trzyma łyżkę…

No ale co się jemu stało, nie musi się stać panu, zwłaszcza, że to było w innym szpitalu…

***

– Słyszał pan już, panie Marku, historię o herbacie? A, pan był akurat na badaniach… No więc tu zaraz, do szóstki – kobiety tam leżą, wie pan gdzie? – wszedł jakiś młody facet, mruknął dobry wieczór, a potem powiedział, że przyniósł cioci herbatę, ale jak widzi – cioci nie ma. Na co jedna z pań mówi: – Poszła się kąpać. Niech pan zostawi na szafce, ja cioci powiem, jak wróci spod prysznica.

Gość podszedł do łóżka, włożył do szuflady żółte pudełeczko, wszystkie panie to widziały, pożegnał się i wyszedł. Wraca kobieta z łazienki, sąsiadki z sali opowiadają jej, co i jak, na co ona, zdziwiona, powiada, że nigdy nie była żadną ciocią!

Podeszła do szafki, wyciągnęła pudełeczko i mówi: – No faktycznie, herbata jest… Ale… – tu zaczęła nerwowo grzebać w szufladzie. – Ale gdzie mój portfel???!!!

Tamten gość musiał tę salę obserwować, pewnie widział, że jedna z pań wzięła ręcznik, mydło, i zamknęła się w łazience. No i wtedy zaryzykował. Niezły numer, nie?

Słyszałem, że kradną na wnuczka, a tu, niech pan zobaczy – na siostrzeńca czy tam innego bratanka. A, i jeszcze coś – chyba z tych nerwów, ta okradziona usiadła na łóżku i powiedziała podobno: – I takie barachło przyniósł, a nie jakąś normalną herbatę…

***

Kazano nam chodzić, zatem – chodziliśmy z panem Janem, myślami tkwiącym w międzywojniu, nad wyraz chętnie: najpierw całkiem blisko, potem nieco dalej, w końcu zaczęliśmy sobie pozwalać na całkiem poważne wycieczki.
Któregoś popołudnia dotarliśmy na korytarz oddziału ortopedii.

Przed jednym z gabinetów siedział w bezruchu tłum połamańców, czekających na usztywnienie pękniętych czy wywichniętych stóp, dłoni, łokci i czego tam jeszcze.

– Sala gipsowa – skrzywił się pan Jan, spojrzawszy na tabliczkę przy drzwiach. – Za moich czasów były sale marmurowe, malachitowe, alabastrowe… Ale gipsowe? Nigdy! Patrz pan, do czego oni doprowadzili…

Nie wyjaśnił kto, a ja wolałem nie pytać.

***

A może Państwo chcieliby się podzielić jakimiś krótkimi historiami – osobistymi lub zaobserwowanymi, niekoniecznie zresztą w szpitalu? Zapraszamy!

Fot. autora