Babcia chciała, żeby został księdzem, ale on wolał aktorstwo. Od dziecka miał poczucie humoru. Mówi, że wyssał je z mlekiem ojca. Popularność przyniósł mu film „Na kłopoty… Bednarski”. O Stefanie Friedmannie pisze Mirosław Mikulski, „Magazyn 60+”.

Stefan Friedmann urodził się w Krakowie. Ponieważ babcia chciała, żeby w przyszłości został księdzem, zapisała go do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. W wieku niecałych siedmiu lat zaczął służyć do mszy jako ministrant w kościele św. Floriana. Proboszczem był tam wówczas… Karol Wojtyła. Ale o tym Friedmann dowiedział się wiele lat później.

Dziś wspomina, że kiedyś, nudząc się na stopniach ołtarza, udawał, że odpędza muchę. Wzbudziło to śmiech wśród wiernych. Potem w zakrystii ksiądz Wojtyła złapał go delikatnie za ucho i rzekł: „Oj, Stefciu, co z ciebie wyrośnie!”. Nigdy nie powiedział o tym babci, żeby nie straciła nadziei, że wnuk spełni jej marzenia…

Figlarz w szkolnej ławce

Po kilku latach razem z rodzicami przeprowadził się do Warszawy. Poczucie humoru nie pomagało mu w życiu. Aż siedem razy zmieniał szkołę: trzy razy podstawówkę i cztery razy liceum. Po drodze trafił nawet do szkoły kadetów.

Powody były, jak sam mówi, różne. Brak dyscypliny, bujna wyobraźnia, nietrafione żarty…

Któregoś dnia nauczyciel kazał zamknąć okno w klasie, mówiąc, że orłów tu nie ma, więc nie wylecą. Gdy po lekcji belfer położył dłoń na klamce, Friedmann zapytał go, udając zdziwienie: – Pan profesor też drzwiami?

Jak wagarować, to w towarzystwie

Do korpusu kadetów trafił z powodu braku dyscypliny. Skierowano go tam na rok. Uczyli się w tym miejscu m.in. Jan Pietrzak i Władysław Komar, późniejszy mistrz olimpijski. Friedmann grał już wtedy w filmach i w legendarnej radiowej „Rodzinie Matysiaków”. Szkoła go nie interesowała. Od chwili, kiedy zagrzało wiosenne słońce, zamiast na lekcje chodził z kolegami do Łazienek.

– W amfiteatrze spotykała się śmietanka kumpli ze stolicy. Był brydż, gadanie i winko. Chociaż ja akurat niespecjalnie piłem. Pozwoliło mi to zachować nieco więcej zdrowia i szarych komórek – wspomina.

Czytaj także: wywiad z Magdą Umer

Hybrydy i Wesołego Alleluja

Jeszcze gdy uczył się w liceum, został wprowadzony przez Wojciecha Młynarskiego do kabaretu studenckiego Hybrydy. Wtedy to było magiczne miejsce. To tam po raz pierwszy wystąpił przed prawdziwą publicznością.

Pierwszy egzamin do PWST w Warszawie zawalił. Poproszono go, aby powiedział coś wesołego. Odpowiedział:

– Wesołego Alleluja! Wtedy wydawało mu się, że to bardzo zabawne. Na szczęście za drugim razem nie był już tak dowcipny i przyjęto go do szkoły teatralnej.

Dialogi na cztery nogi

Kochał radio z wzajemnością. Z Jonaszem Koftą pisał „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowców”. Słuchacze Trójki bezbłędnie rozpoznawali jego charakterystyczny głos. Grał też w wielu filmach, przeważnie żołnierzy, bo jak mówi, miał taką urodę. Prawdziwą popularność przyniósł mu jednak dopiero serial „Na kłopoty… Bednarski”.

Piekarski, czyli Bednarski

Zaczęło się od wcześniejszej roli prywatnego detektywa Piekarskiego w filmie Pawła Pitery „Szkatułka z Hongkongu”, którego akcja toczyła się w przedwojennym Gdańsku.

– Podobno o zaangażowaniu mnie nie zdecydował reżyser, tylko jego żona Julia Pitera, obecnie znana działaczka PO. Powiedziała mu, że to ja najbardziej pasuję do tej roli. To był jeden z trafniejszych pomysłów PO – mówi teraz ze śmiechem.
Film się spodobał i Telewizja Polska zdecydowała się nakręcić serial na podobny temat, zmieniono tylko nazwisko detektywa i zamiast Piekarskiego zagadki kryminalne rozwiązywał Bednarski.

Bezimienny bohater

Co ciekawe, Bednarski nie ma imienia! – Zaproponowałem reżyserowi, żebyśmy sobie trochę zażartowali z widzów i przez siedem odcinków, czyli przez cały serial, ani razu nie pada jego imię! Muszę się pochwalić, że część dialogów jest też moim dziełem – mówi. I śmieje się, że zagrał prawie siebie. Bednarski był wesoły i dowcipny, zawsze wychodził cało z najtrudniejszych sytuacji.

Niewiele osób wie, że choć akcja serialu toczy się w Gdańsku, większość zdjęć nakręcono we Wrocławiu. A to dlatego, że tam mieściła się wytwórnia filmowa, cała ekipa była więc na miejscu. Tylko kilka scen, w których pojawiły się charakterystyczne punkty Gdańska, np. pomnik Neptuna czy port, kręcono nad morzem.

To właśnie miłość

Stefan Friedmann niedługo skończy 75 lat, a ze swoją żoną Krystyną są razem od ponad pięćdziesięciu lat. Poznali się na przerwie. Wspomina, że miał wtedy 18 lat, trafił do kolejnej szkoły i rozglądał się tam za ładnymi dziewczynami. Koledzy pokazali mu jedną z najpiękniejszych i powiedzieli, że tej na pewno nie poderwie. Kiedy podszedł do niej, siedziała na parapecie i machała nogami. Pamięta, że miała wtedy na sobie czerwone pończochy.

– Wiedziałem już, jak się nazywa i bardzo dowcipnie zagadałem: „No i co Wiśniewska? A ona mi odpowiedziała równie dowcipnie: „No i nic Friedmann!”.

Od tego wszystko się zaczęło. Pobrali się, kiedy miał 27 lat.

– Wtedy skakało się od razu na głęboką wodę. To było istne szaleństwo, nie mieliśmy mieszkania, pieniędzy i perspektyw na pracę. Jak nas było na to stać, to coś wynajmowaliśmy, a jak nie, to mieszkaliśmy kątem u teściowej, która miała pokój z kuchnią – opowiada. Teraz mówi, że to były fajne czasy, ale nie zawsze było kolorowo.

– Rozstawaliśmy się na lata, a potem do siebie wracaliśmy, bo – jak się okazało – to było przeznaczenie, a przeznaczenia nie oszukasz – wspomina ze śmiechem.
Mają dwóch synów i czworo wnuków.

Korepetycje z humoru dla wnuków

Razem z żoną mieszkają na wsi, niedaleko Warszawy i blisko lasu. Mają duży ogród. Gdy przyjeżdżają wnuki, dziadek chodzi z nimi na długie spacery i gra w piłkę. Lubi im też czytać dobrą literaturę. Specjalnie dla nich napisał nawet książkę „Przygody Podróżnika Pipsa”.

Stara się ich uczyć poczucia humoru. Tego, że nie ma na świecie rzeczy strasznych i smutnych, a jeśli się już zdarzają, wiele z nich można zmienić w żart. Opowiada im swoje niesamowite przygody, ale mówi, że przydarzyły się jego kolegom. Gdy dzieciaki dorosną, powie im całą prawdę.

Wciąż gra i reżyseruje. Zaprasza do Teatru Dramatycznego w Płocku, a w Warszawie do „Och-teatru” i „Capitolu”.

 

Autor tekstu: Mirosław Mikulski, „Magazyn 60+”