Kocha przyrodę, więc myślał o tym, by zostać zootechnikiem. Aktorstwo okazało się jednak bardziej pociągające. Popularność przyniosła mu rola w serialu „Klan”. Andrzej Grabarczyk gra ją już od prawie 20 lat.

Andrzej Grabarczyk pasje i miłość

Podobno lubi pan stabilizację?

To prawda. W teatrze Kwadrat gram od 1980 roku, a więc już 37 lat. W „Klanie” jestem trochę krócej, ale w tym roku minie 20 lat i będziemy obchodzili okrągły jubileusz. Kiedy zaczynaliśmy, nikt się nie spodziewał, że potrwa to tak długo. Na szczęście wciąż mamy wiernych widzów. Z żoną też jestem od ponad 40 lat, bo poznaliśmy się w roku 1972 na studiach.

Słyszałem, że studiował pan zootechnikę w Olsztynie!

To prawda, podobnie jak moja żona. I oboje nie skończyliśmy tego kierunku (śmiech). Żartuję, że pojechaliśmy tam, żeby się poznać. To było prawdziwe zrządzenie losu. Mamy cudownego syna Bartka i dwie wspaniałe wnuczki – dziesięcioletnią Lenę i ośmioletnią Maję. Uwielbiam je i do tej pory czytam im bajki. W Dniu Babci wszyscy przyjechali do naszego domu pod Warszawą, był torcik, szampan Piccolo i wspólny obiad.

Dlaczego wybrał pan taki nietypowy kierunek?

Bo zawsze lubiłem las i przyrodę. Rodzice wychowywali mnie w zgodzie z naturą i od najmłodszych lat jeździliśmy na Mazury. W szkole średniej biologia była moją pasją, uwielbiałem chodzić po lesie i odkrywać nowe rośliny. Tak ją pokochałem, że chciałem być bliżej natury, a zootechnika pozwala na obcowanie ze zwierzętami i z przyrodą. Myślałem, żeby po studiach zająć się hodowlą koni. A dlaczego Olsztyn? Bo był daleko od Katowic, gdzie mieszkałem, i na moich ukochanych Mazurach. Teraz też, gdy potrzebuję odpocząć i naładować akumulatory, to jadę do lasu albo nad jezioro.

Długo pan chyba nie studiował?

Dwa lata mi wystarczyły. Jak sama nazwa wskazuje, to były studia, a studia mają niewiele wspólnego z nauką. Człowiek uczy się dopiero potem (śmiech). Student – wieczny pan i nie ma co zbyt szybko pchać się do pracy zawodowej. Studiowanie jest czymś wspaniałym i każdemu to polecam, oby robił to jak najdłużej.

A dlaczego aktorstwo?

W szkole występowałem w kabarecie. Mój ojciec był aktorem i kiedyś zapytał mnie, czy nie chciałbym zdawać do szkoły teatralnej. Pracował wtedy w Teatrze Nowym w Zabrzu i wziął mnie tam na adepta. Grałem u niego przez pół roku. Tak mi się to spodobało, że postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Ojciec przygotował mnie do egzaminów i dostałem się za pierwszym razem! A potem jakoś wszystko samo się potoczyło.

Andrzej Grabarczyk

Klan; 2017-04-26, Odcinek 3135, Anna Janik (Dominika), Andrzej Grabarczyk (Jerzy).

Ożenił się pan dość wcześnie…

Wcale nie tak wcześnie, miałem już 26 lat! W tamtych czasach to nawet było bardzo późno. Miałem znajomych, którzy żenili się w wieku 21 lat.

Bardzo chciałem założyć rodzinę, poza tym syn już był w drodze (śmiech). Studia artystyczne zwykle sprawiają, że świat staje się bardziej kolorowy niż normalnie, ale ja czułem wewnętrzną potrzebę zbudowania domu. Świtało mi to w głowie dość wcześnie. Niektórzy chcą się najpierw wyszumieć, czas upływa i potem na założenie rodziny jest już za późno. Dla mnie te 26 lat to był optymalny wiek. Choć jesteśmy z żoną razem tak długo, wciąż czujemy się ze sobą szczęśliwi.

Śmieję się, że moim marzeniem był dom, motor i perkusja. I wszystko mi się udało.

Andrzej Grabarczyk na motorze

Ile ma pan motocykli?

Teraz mam cztery, w tym dwa harleye. Jeden służy do jazdy po mieście, a drugi jest wygodniejszy i można nim pokonywać większe odległości. Do tego stary junak i tzw. motocykl grzybowy, czyli japońskie suzuki do jeżdżenia po lesie. Motorami zainteresowałem się dzięki ojcu, który miał WFM-kę, a potem Jawę 250. Jako dzieciak siadałem na motorze między tatą i mamą i tak jeździliśmy na Mazury. Zawsze chciałem mieć własny motocykl.

W latach 70. dobry motor, np. harley, był czymś nieosiągalnym i już samo oglądanie zdjęć takich maszyn było dla mnie wielkim przeżyciem. Jazda na nich daje dużą frajdę i poczucie wolności. Kiedy wyjedzie się za miasto, czuć zapach trawy, zboża…
To zupełnie inny klimat niż podczas jazdy samochodem, w którym człowiek jest zamknięty jak w klatce.

Poza tym jazda na motorze bardzo odmładza. To lepsze niż fitness, bo cały czas trzeba się ruszać.

Skąd pan ma junaka?

Jakieś 15 lat temu złożył mi go z części mój wujek Witek Antoniewicz, który miał wtedy 84 lata. Motorem jeździł do 87. roku życia! To była niezwykle barwna postać, w latach 50. był mistrzem Polski w wyścigach na torze trawiastym. Potem zajął się składaniem motocykli i miał swój warsztat w Borach Tucholskich. Kiedyś, oglądając go, powiedziałem wujkowi, że ma tyle części zamiennych, że mógłby z nich złożyć kilka motocykli. A on zapytał, czy chciałbym, żeby mi zrobił jeden. Oczywiście poprosiłem go o to i złożył mi junaka. Do tego dostałem mnóstwo części zapasowych.

A perkusja?

Też ją miałem, ale oddałem synowi, który gra lepiej ode mnie. Muzyka to jego pasja. Grywa amatorsko ze swoimi kolegami i robią to bardzo dobrze.

Bartek skończył politologię, ale pracuje w firmie postprodukcyjnej. Jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Andrzej Grabarczyk łowi ryby

Gdzie spędzi pan najbliższe wakacje?

Jeszcze nie wiem, ale na pewno pojadę na festiwal bluesowy do Suwałk. Bywam tam od czterech lat i już się cieszę na myśl, że przez trzy dni będę słuchał wspaniałej muzyki. Chciałbym się też wybrać motocyklem w Bieszczady albo na ryby do Szwecji. Gdy tylko mam trochę wolnego, lubię łowić.

Może się pan pochwalić swoimi zdobyczami?

Kiedyś jeździłem do Norwegii na sieje, zwane łososiami Atlantyku. Największa, jaką złowiłem, ważyła 12 kilo. Złapałem również sporo kilkunastokilogramowych karpi i metrowych szczupaków. Łowię ryby, odkąd pamiętam. Wypoczynek kojarzy mi się raczej z wędką i dziką przyrodą, a nie luksusowym hotelem. Teraz już bardzo rzadko biwakuję, ale gdy jadę motorem w dłuższą trasę, zawsze, na wszelki wypadek, zabieram ze sobą śpiwór i namiot.

Wciąż pan gra. Gdzie możemy pana teraz zobaczyć?

W „Klanie” i w teatrze Kwadrat. Gramy nie tylko w Warszawie, jeździmy ze spektaklami po Polsce i za granicę.

W tym roku kończę 64 lata, ale na razie nie wybieram się na emeryturę. Póki zdrowie pozwoli, trzeba pracować. W tym zawodzie, jak człowiekowi odbierze się pracę, to nie ma co robić. Jak się przez tyle lat intensywnie pracuje, to potem organizm się buntuje przeciwko bezczynności. Nie można do tego dopuścić.

rozmawiał: Mirosław Jędrzejewski

zdjęcia: TVP

Źródło: Magazyn 60+

Czytaj też: